Gutek
17/06/2017

Trzy finały NBA i jedno mistrzostwo – czy dla Cleveland Cavaliers to zadowalający bilans?

Nie wiem, czy już zdołał opaść kurz po mistrzostwie Golden State Warriors, a nawet powiem więcej. Nie jestem pewien, czy do chwili, w której powstaje ten tekst, z szatni Dubs zostały wyniesione już wszystkie butelki po szampanie. Kiedy jednak feta w Oakland będzie trać w najlepsze jeszcze jakiś czas – w Cleveland w umysłach wielu osób już powstaje bilans zysków i strat. Powstaje też wiele pytań z tym głównym na czele: Co dalej z Cleveland Cavaliers?

LeBron James powrócił do Cleveland przed startem sezonu 2014-15. Powrócił do zespołu, który powstał na jego życzenie i ten zespół wraz z Lovem i Irvingiem zaprowadził trzykrotnie do finałów NBA. W pierwszej odsłonie trylogii bez kontuzjowanych gwiazd LBJ był na granicy uzyskania MVP jako drugi gracz w historii finałów po stronie przegranej ekipy. Może i bycie wymienianym jednym tchem w tej kategorii obok Jerry’ego Westa to nie lada wyróżnienie, lecz nie koniecznie dla Jamesa. Tak się jednak nie stało, a lider Cavaliers musiał dopisać sobie już 4 porażkę w finałach. Rok później była okazja do rewanżu i względnie zdrowi Cavs uciekli spod topora z inicjałami „1-3” i pokonali „najlepszy zespół” w historii sezonu regularnego. Nadeszła też ulga dla Króla Jamesa, bo oto odkupił swoje winy za „decyzję”, opuszczenie Ohio, a także dokonał dwóch rzeczy teoretycznie niemożliwych. Nie dość, że dał swojemu klubowi pierwszy tytuł w historii, to jeszcze zrobił to „tylko w Cleveland”. Można jednak się zastanawiać, czy to „tylko” to nie spora zniewaga dla zawodników pokroju Love’a i Irvinga.

Nowożytna historia NBA, czyli ta z tego sezonu, pokazała nam, że Cleveland Cavaliers, kiedy są zdrowi i w pełni sił, to są poza absolutnym zasięgiem rywali na Wschodzie. Można dla zabawy gdybać, co na początku tegorocznego playoffs „rodziło” się w Chicago, ale odłóżmy takie wróżby i bajki na bok. To wszystko jednak okazało się zdecydowanie za mało na Golden State Warriors, którzy może i nie pobili zeszłorocznego oszałamiającego rekordu w sezonie zasadniczym, lecz tym razem z wynikiem 16-1 odebrali Kawalerzystom mistrzowskie trofeum i zabrali do siebie do domu. LBJ tym samym ma w finałach NBA bilans 3-5 i choć może teraz udawać, że nie ma się czego wstydzić, to wiemy jak z latami zaczyna coraz częściej patrzeć na swoje „Legacy” i porównania do Michaela Jordana.

Jak świeża jest rana, którą Dubs zadali Cavaliers? Bardzo świeża, ale nie przeszkadza to mediom i insiderom zastanawiać się co dalej z Cleveland. Nawet jeśli pominiemy donosy od Wojnarowskiego, który akurat ma mało pewnych źródeł z obozu LeBrona, czy artykuły ESPN, to nie można się nie zacząć zastanawiać, w którą stronę muszą podążać Cavs. Bo to, że muszą gdzieś zmierzać to jest pewne i kolejne ew. przegrane finały nie wchodzą w teorii nawet w grę. Oczywiście w każdym innym klubie kilka finałów z rzędu przyjęto by z przysłowiowym pocałowaniem ręki, ale nie w zespole, który ma w swoim składzie LeBrona Jamesa.

„LeBron może odejść gdzieś do Los Angeles”

To nie jest tak, że James nie może, bo on w teorii może wszystko. Trzeba jednak pamiętać, że ma ważny kontrakt na przyszły sezon, oraz kolejny rok z opcją dla gracza. To oznacza tyle, że poza definitywnym zażądaniem transferu do innego klubu – odejście LeBrona z Cleveland nie wchodzi w grę. Pomijam już fakt, że na Zachodzie musiałby się zmierzyć z Warriors nie w finale NBA, ale najpóźniej w finale konferencji. To jednak ciekawa spekulacja, która może nas pokierować do następnej – już nieco konkretniejszej.

„Cleveland Cavaliers są zdegustowani grą Shumperta i Love’a”.

Ech Kevin Love … ledwo rok spokoju i znowu ta sama śpiewka, ale ESPN coś tam zawsze wie o koszykówce. Czy jednak poprzednia spekulacja nie ma związku z tą? LeBron nie opuści drugi raz Cleveland i na pewno nie przed tym sezonem, ale presje wywierać zawsze lubił i pewnie będzie to robił dalej. Spójrzmy więc na salary cap Kawalerzystów. Co widzimy? Już 130 mln dolarów na przyszły sezon bez kontraktu dla Korvera, Derona Williamsa oraz super przyjaciela Jamesa – Jamesa Jonesa. Jeśli więc coś zmieniać, to tylko za sprawą transferów. Jeśli więc kogoś transferować to tylko Love’a, bo przecież nie Irvinga. Dodajmy w pakiecie Shumperta, który od czasów Knicks i kontuzji rozczarowuje rok w rok i ze skromnego donosu robi się całkiem sensowna możliwość.

Kevin Love w tegorocznym playoffs notował swoje rekordy kariery zarówno w punktach, zbiórkach, ale też i skutecznościach za trzy i za dwa. W finałach jednak, kiedy oczekiwano od niego więcej, nie podniósł swoich zdobyczy punktowych do potrzebnego poziomu, a dodatkowo pogorszył swoje skuteczności z gry. Dalej był świetny w zbiórkach, ale to za mało dla Cavs, którzy w finałach desperacko potrzebowali punktów. Okazało się też, że Love nie kreowany w sposób dla niego najkorzystniejszy, miał problemy z m.in. bardzo dobrą defensywą Greena i nie tylko. Czy to jest powód by go wymieniać? Nie do końca, ale jest inny, trochę z tym powiązany. Aby Kevin był w 100% skutecznym zawodnikiem, to musi być dokarmiany piłką i mieć większy udział w grze swojego zespołu. Niestety jednak jako jedyny zawodnik z wielkiego trio, który nie gra płynnie na piłce, spowalnia atak swojej drużyny.  Nie penetruje strefy podkoszowej z wysokich pozycji i nie wymusza wtedy podwojeń. Tak wymusza je miejscami przy akcjach tyłem do kosza, ale rewelacyjnie broniącym Dubs jest o wiele łatwiej planować podwojenia w statecznym ataku, niż kiedy atakują ich dynamicznie Irving albo LeBron.

Czy taki transfer naprawdę wchodzi w grę? Kto miałby go zrealizować? David Griffin? Nie jest pewne, że wróci do Ohio, a nawet jeśli wróci, to taka wymiana musi mieć sens. O ile Lue nie chce stworzyć na podobieństwo do Warriors swojej wersji „death lineup”, to LBJ grając na trójce, a Irving na jedynce, zostawia miejsce w zasadzie jedynie dla gwiazdy grającej na pozycji rzucającego obrońcy. Wszystko po to, by „nowa” trzecia gwiazda, która przyszłaby do Cavs, mogła grać bardziej dynamicznie i znowu bardziej obwodowo. Oczywiście wtedy pozostaje kwestia dzielenia się piłką, ale skoro Warriors sobie z tym poradzili, to czemu nie Cavs?

Przy takich wszystkich czysto-teoretycznych planach, trzeba jakoś zwolnić miejsca w kasie klubu, a tylko Love ze swoimi 24 milionami za przyszły sezon, realnie wchodzi w grę. W grę wchodzi też wreszcie, czy w końcu jak kto woli, wzmocnienie ławki Cavs, która w finałach nie dała im w zasadzie nic. Tutaj jednak łakomych kąsków dla innych drużyn próżno szukać, więc może budowanie ławki kosztem Love’a, a potem próba ściągnięcia kogoś na dwójkę/trójkę jako wolnego agenta?

Nikt jak LeBron James nie lubi przegrywać, bo nikt jak LeBron James nie jest obserwowany pod mikroskopem nie tylko w kontekście teraźniejszości, ale także i rozmów o popularnej „Kozie” (GOAT). O ile w Golden State nie wydarzy się nic niespodziewanego przy renegocjacjach kontraktów, a także ew. kontuzjach w przyszłorocznych rozgrywkach, to trudno sobie wyobrazić, by Cavaliers w zasadzie z nie zmienionym składem, mogli rzucić poważne wyzwanie obecnym mistrzom NBA. Jestem wręcz tego pewien, że cała ta sytuacja będzie spędzać sen z powiek całemu Ohio i zawodnikowi z numerem 23.


Loading Facebook Comments ...

Komentarze