POZDROWIENIA Z ALAMO! #24: „Home sweet home?” Niekoniecznie …

Po czterech potrójnych sesjach wyjazdowych, począwszy od 20 grudnia 2017, Spurs powrócili wreszcie oficjalnie do AT&T Center na 5 spotkań na własnym parkiecie, bez potrzeby opuszczania San Antonio. Zanim jednak przejdziemy do recapów i analiz tych spotkań to warto wtrącić dwa słowa o kontuzjowanych, bo wreszcie mamy jakieś informacje na temat Rudy’ego Gay’a.

Swojego nowego zawodnika kibice Ostróg nie widzieli na parkiecie od 30 grudnia i starcia z Nowym Jorkiem. To właśnie wtedy u Rudy’ego nasilił się uraz prawej pięty, a dokładnie kości, która miałaby naciskać na podstawę Achillesa – od razu dodam, że nie tego samego, którego były gracz Kings zerwał prawie rok temu. Gay’a widzieliśmy jakiś czas przy linii bocznej ze specjalnym butem odciążającym ścięgno, ale w ostatnich meczach już spacerował obok ławki bez tej ortezy. Według informacji z „San Antonio News Express”, skrzydłowy Spurs mógłby wrócić do gry przed All Star Weekend, ale w Alamo chcą dać mu trochę czasu i liczyć  na to, że kontuzja będzie kompletnie zaleczona. Pamiętajmy bowiem o tygodniowej przerwie po Meczu Gwiazd i o tym, że na Spurs czeka wkrótce coroczne „Rodeo Trip”, gdzie zwykli zgrywać zespół na playoffs i „zbierać” szyki na najważniejsze spotkania. To właśnie w tym momencie Rudy ma być w pełni zdrowy i gotowy do gry, bo zespół go bardzo potrzebuje. Jest bowiem w zasadzie jedynym graczem Ostróg, który jest w stanie samemu wykreować sobie pozycję do rzutu, czy zagrać kilka akcji z rzędu 1 na 1. Ciągle bowiem nie wiadomo co z Kawhi Leonardem, a Pop na dłuższą metę nie może ciągle grać młodzieżą z ławki w kluczowych momentach spotkań. Przypomnijmy, że Gay zagrał w tym sezonie w 34 spotkaniach i w 22 minuty gry notował średnio 11 punktów i 5 zbiórek. To właśnie na deskach w przeliczeniu na 36 minut gry miał zdecydowanie najlepsze rozgrywki w zawodowej karierze.

Tyle dobrych wieści na tą chwilę bo przechodzimy do meczów, otwieramy pierwszy rozdział i widzimy spotkanie z … 76ers. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć o tym starciu, poza tym, że to był jeden wielki blamaż gospodarzy i tak naprawdę nikt ze składu Spurs tego dnia nie „uszedł” z życiem. Pop zapewne by się ze mną zgodził, bo co z tego, że Aldridge miał 18 punktów przy 7/12 z gry, skoro w 32 minuty zebrał tylko 3 piłki. Zwłaszcza, że goście pokonali swoich rywali w tej kwestii +14. Co z tego też, że Ostrogi miały tylko 9 strat w całym meczu, jak zza łuku pudłowali fatalnie trafiając jedynie 3 rzuty na 24 próby. Fatalnie wyglądała też ich obrona, bo taki Simmons miał tego dnia 90% skuteczność rzutów z gry. Spurs tym samym przegrali z 76ers oba mecze, jakie mieli do rozegrania w tym sezonie. Po spotkaniu Pop powiedział takie oto słowa, które powinny podsumować ten mecz najdobitniej:

Gdybym był kibicem Spurs, to za ten mecz zażądałbym zwrotu pieniędzy za bilet.

CIEKAWOSTKA: Ostatni raz Spurs zostali „zczyszczeni” do zera w sezonie zasadniczym przez Sixers w rozgrywkach 2003-04.

It’s Pop’s birthday! Latka lecą i w dniu meczowym przeciwko Kings Gregg Popovich obchodził 69 urodziny. Nie wiem czy to z potrzeby sprawienia sobie prezentu, czy fatalnego występu swoich graczy w meczu z Sixers, lecz trener Ostróg postanowił reaktywować Manu Ginobiliego. Trze przyznać, że był to bardzo dobry pomysł, bowiem Ostrogi bez niego w składzie mieli kiepski bilans 3-3.

To było bardzo dobre ofensywne spotkanie, znaczy ofensywne jak na Spurs. Dali oni bowiem rywalom rzucić aż 5 punktów mniej niż wynosi średnia traconych oczek tej ciągle drugiej na parkietach NBA obrony. Obie ekipy miały bardzo wysoką skuteczność rzutów z gry i mało strat, więc mecz mógł się po prostu podobać. Nie podobał się za to na pewno Popowi, bo LaMarcus Aldridge grał tego dnia słabo i był równie fatalnie uruchamiany przez partnerów. Pierwsza połowa więc była w zasadzie na remis.

Ciekawie w San Antonio zaczęło się robić w drugiej połowie, kiedy gospodarze wyszli wyraźnie zmotywowani na start trzeciej kwarty. Po trzech szybkich trójkach Ostrogi wyszły szybko na prowadzenie, a Pop zmienił Bertansa – najsłabsze ogniwo na początku tych 12 minut. Za niego na parkiet wszedł Manu, który w całym meczu miał 15 punktów na prawie 50% skuteczności. Nie widać było po nim problemów z „obitym” udem i Argentyńczyk grał tak, jak przed przerwą spowodowaną wspomnianym urazem. Na niespełna 4 minuty przed końcem trzeciej ćwiartki goście ciągle dzielnie walczyli i mieli na tablicy wyników remis po 69. To był jednak ostatni remis w tym spotkaniu bo gospodarze zakończyli tą kwartę serialem punktowym 10-0.

Chociaż w czwartej kwarcie George Hill dwoił się i troił i zdobył dla swojej drużyny 13 punktów, to było tego za mało na Spurs. Trójka Aldridge-Ginobili-Murray wiodła prym w ostatniej części spotkania i Ostrogi ostatecznie wygrały 15 oczkami. Najlepszym strzelcem dnia w San Antonio był Forbes, który punktował w ważnych momentach i swój strzelecki dorobek zakończył na liczbie 23. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że po kompromitacji z Sixers, taka wygrana ze słabiutkimi Kings nie ostała się w Alamo żadnym kamieniem milowym. Ot spotkanie, które trzeba było wygrać by nie tracić dystansu do czołówki Zachodu.

Koszykarze z Denver Nuggets są lepsi niż wszyscy przewidywali, a przecież cały sezon graja bez jednej z głównych gwiazd i nowego nabytku w osobie Paula Millsapa. Spurs mają też swoje problemy z kontuzjami, ale nie tylko. Danny Green ostatnio grywa fatalnie, bo wystarczy spojrzeć na jego linijkę statystyczną od momentu powrotu po 5 meczowej absencji spowodowanej urazem pachwiny:

Green co prawda potrafi trafić ważne rzuty, ale potrafi bardzo często pudłować z czystych pozycji, co pokazało m.in. spotkanie z Denver.

Spotkanie, które w napięciu trzymało wszystkich od początku do końca, bo wynik bardzo często oscylował w okolicy remisu (najdłużej przez 4 minuty). Na ten mecz „powrócił” wreszcie LaMarcus Aldridge, który po wyrównanej i bardzo ofensywnej pierwszej kwarcie (30:30) w drugiej był najskuteczniejszym graczem Ostróg. Wa całym spotkaniu zdobył łącznie 30 oczek, chociaż trzeba przyznać, że sędziowie na jego obrońców patrzyli tego dnia bardzo łaskawym okiem.

Mimo też prawie 41 wiosen na karku i powrotu po kontuzji, w meczu z jednym dniem przerwy, zagrał ponownie Manu Ginobili i poniekąd wygrał ten mecz gospodarzom. Znowu bowiem rozgrywał w kluczowych momentach, kiedy tego dnia Tony Parker nie był zbyt agresywny i w zasadzie nie absorbował ofensywy rywali. Mistrzem „slow-mo” był za to niepodważalnie Kyle Anderson. Kto kojarzy z amatorskich sal tego gościa, który ledwo odrywa się od ziemi, gra wolno, robi slalomy, a mimo to jakoś dziwnie zawisa te 5 cm nad ziemia i zdobywa punkty o deskę? Kyle w spotkaniu z Denver doprowadził to do perfekcji i w czwartej kwarcie zanotował bardzo cenne 8 punktów. Czemu ten mecz był tak zacięty aż do samego końca? Pewnie dlatego, że Spurs byli mało agresywni i przegrywali piłki zwane „50/50”. Słowem bardzo często po pierwszej dobrej interwencji w obronie brakło im ognia by powtórzyć to za 2 czy 3 próbą w tej samej akcji i przejąć ostatecznie piłkę. Pop kilkukrotnie machał rękami w geście zdegustowania, ale tego dnia Green poza kiepską formą rzutową, także gubił się w obronie. Ciekawym przypadkiem tego meczu był za to Murray, który zakończył spotkanie z zerowym dorobkiem, ale miał 13 zbiórek i 7 asyst.

Manu na ratunek! Prawie 41 letni Argentyńczyk (celowo to podkreślam, a czemu to o tym później) zdobył w ostatnich 2 minutach 4 ważne punkty obok trójki Patty’ego Millsa. Zrobił to mimo tego, że w pewnym momencie był wyraźnie zmęczony, jak chociażby po słynnej „szarży” w meczu z Blazers. Pop musiał to chyba widzieć i tym bardziej doceniać punkty weterana, bo zbił z nim piątkę po przerwie jaką Malone wziął na żądanie. To rzadki obrazek u Popovicha, który raczej z reguły nie reaguje w ten sposób. Rzadko też tak gestykuluje i otrząsa ręce ze zmęczenia/niedowierzania, kiedy Nuggets zamiast na remis poszli po trójkę na zwycięstwo i rzut Bartona naprawdę wyglądał na celny.

Trzy mecze u siebie, to dobry moment na chwilę refleksji, a także podsumowań dotychczasowych występów Spurs w takim składzie, jakim obecnie dysponują:

  • Dejounte Murray pod względem zbiórek jest być może najlepszym zbierającym na pozycji jedynki, jakiego Ostrogi i ta liga dawno nie widziały. Niestety w ataku bywa nieregularny i mimo dobrego rozgrywania bez pick and rolla potrafi ginąć w grze. W efekcie mimo „startowej” roli ciągle niezbędni są Parker i Ginobili
  • Manu Ginobili ma prawie 41 lat i rozgrywa swój najlepszy sezon koszykarsko od 3-4 lat. Gra regularnie, nie popełnia błędów i jest tak niezbędny dla Spurs w końcówkach meczów, jak Pop zapewne „nigdy” by już nie chciał.
  • Danny Green momentami robi się dziurą w ataku, kiedy ma fatalny rzutowy dzień. Jego obrona też nie jest już tak rewelacyjna jak rok czy dwa sezony temu
  • Na moje subiektywne oko LaMarcus Aldridge bywa coraz częściej zmęczony i coraz trudniej już mu przepychać się pod koszami, chociaż poza wyjątkami, ciągle jest numerem jeden w San Antonio.
  • 17 atak Ostróg jak wody na pustyni potrzebuje Gay’a i Leonarda. Nie ma takiej możliwości by ta drużyna funkcjonowała dobrze bez dwóch graczy ławka/starter, którzy jako jedyni w zasadzie mają doświadczenie i umiejętności w graniu 1 na 1.
  • Tony Parker może i jest nadal bardzo szybki, ale zdecydowanie nie odzyskał jeszcze szybkości w pierwszym kroku. Pytanie jest jednak takie: ile jest w stanie odzyskać z tego „depnięcia”, które prezentował chociażby rok temu w playoffs.
  • Kyle Anderson robi bardzo duże postępy i jest naprawdę bardzo ważnym graczem dla Ostróg. Jego koszykarskie IQ z nawiązką nadrabia to, co zabiera mu jego „szybkość”.
  • Poza meczami z drobnym przestojem Pau Gasol notuje naprawdę bardzo dobry sezon, pod względami czysto koszykarskimi. Jest o wiele bardziej agresywny niż rok temu i Spurs mogą tylko 3mać kciuki, by ta forma ostała mu się do playoffs.
  • NIE MA TAKIEJ OPCJI, BY SPURS BEZ KAWHI PRZESZLI DRUGĄ RUNDĘ. Tak chciałem, by nikt nie miał w tej kwestii wątpliwości.

W AT&T Center zrobi się ciekawie, bo już dzisiaj (czwartek) będziemy mieli derby Teksasu i mecz z Houston Rockets i Jamesem „MVP” Hardenem. To będzie bardzo trudne starcie dla gospodarzy, bo znowu bez Leonarda czy Gay’a, lecz w żadnym wypadku świadczące o czymkolwiek. No chyba, że Spurs będą musieli w takim składzie grać do końca sezonu, ale wtedy to mają poważniejsze problemy niż tylko Rockets czy Warriors.

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz