POZDROWIENIA Z ALAMO! #25: Żegnamy San Antonio i ruszamy na Rodeo Trip!

Jak powiedzieć, że w San Antonio nic się w zasadzie nie zmienia, a właściwie tylko przeciwnicy? Jak nie zanudzić szanownych czytelników i fanów Spurs, mówiąc ciągle, że Gay i Leonard są kontuzjowani i „może” wrócą po Weekendzie Gwiazd, a raczej po tygodniowej przerwie po All Star Weekend? W zasadzie, to obecny i panujący od dawna stan w Alamo, najlepiej określi ostatnia pomeczowa wypowiedź Manu Ginobiliego:

Rozumiemy grę i staramy się grać tak jak trzeba, ale czasem po prostu brakuje nam trochę talentu.

Manu ma rację, bo ta wypowiedź pasuje także jak ulał do podsumowania pierwszego meczu w naszym dzisiejszym odcinku, czyli starciu z Houston Rockets. Ekipa po sąsiedzku była co prawda bez Arizy i Gordona, ale nie ma tutaj co porównywać tych ubytków do kolejnego spotkania bez Kawhi Leonarda i Rudy’ego Gay’a. To nie jest też tak, że Spurs nie mieli w tym meczu szans, bo mieli i przegrywając to spotkanie z najlepszą drużyną w NBA popełnili też błędy. Pierwszym była fatalna dyspozycja Pau Gasola, który nie wykorzystywał nawet sytuacji, kiedy krył go James Harden i mógł lidera gości wpędzić w problemy z faulami. LaMarcus Aldridge nie może w takim spotkaniu oddać tylko 15 rzutów, nawet jak trafi więcej niż 50% z tych prób. Patty Mills i Tony Parker w takich starciach jak te nie mogą notować w sumie 4 celnych rzutów na 14 prób. Wiemy, że Murray jest świetnym zbierającym jako jedynka, ale 11 zbiórek nie przykryje tylko 3 asyst. Całość wizerunku Spurs tego dnia ratowała bardzo dobra obrona i Danny Green z 22 oczkami.

Spurs przegrali ten mecz w pierwszej kwarcie, kiedy dali gościom odjechać na 13 oczek. Potem byli w zasadzie ciągle w meczu i na styku, ale ta przewaga gdzieś zostawała w zaliczce dla Rakiet. W czwartej kwarcie udało im się zbliżyć najmniej na dystans 8 punktów, ale to było wszystko. Tak jak pisałem – jedyny sukces ekipy Popa to zatrzymanie Houston na nieco ponad 100 rzuconych punktach. Zabrakło jednak ataku i znowu konsekwentnego wykorzystywania przewag w grze tyłem do kosza.

Mecz z Houston Rockets był ostatnim jaki Pau Gasol rozegrał w pierwszej piątce, a przynajmniej jak do tej pory. W kolejnym starciu z Jazzmanami Hiszpan zaczął spotkanie z ławki. Może to ze względów na zmianę pomysłu z dwoma wysokimi w wyjściowym składzie, a może z tego, że Spurs potrzebują jakiejś iskry ze strony rezerwowych. W ogóle starcie z Utah miało być dla gospodarzy spacerkiem, bo z powodu problemów natury komunikacyjnej, gracze Snydera dotarli do San Antonio po 3 nad ranem.

Jak ocenić i opisać mecz z Jazzmanami? Na pewno tak, że to było stricte pierwsze spotkanie w tym sezonie, które drużyna Popa przegrała w defensywie. W ataku poza oczywistymi brakami kiepsko zagrali właściwie tylko Green i Gasol. Bertansa nie liczę, bo on jest w pierwszej piątce z braku innych możliwości i co pokazało to spotkanie i przyszłe, ta rola zdecydowanie go przerasta. Spurs nawet nie pomogło 31 punktów rzuconych przez LaMarcusa Aldridge’a.

Co rozbijało obronę Spurs? To, że Snyder bardzo dobrze rozpracował obronę rywali i świetnie sterował Rickym Rubio, który tego dnia poza 34 punktami zanotował 9 asyst. Komentujący to spotkanie Sean Elliot co chwila łapał się za głowę i powtarzał „…przecież to nasza zagrywka, przecież to my tak mamy grać”. Tym samym nawiązywał do tego, że Pop nauczył swoich sztuczek Budenholzera, a ten przez rok Snydera, kiedy był jego asystentem w Atlancie. No i faktycznie tak to wyglądało jakby Rubio był Tonym Parkerem w swoim prime’ie i penetrował świetnie strefę podkoszową, zdobywał punkty albo odrzucał piłkę na obwód. W efekcie goście tego dnia trafiali zza łuku na ponad 50% z gry, ale trudno się dziwić, gdy spojrzy się na otwarte pozycje, które kreował Rubio. Spurs za to trafili tylko 10 trójek, więc „dziw”, że przegrali tylko 11 oczkami, a nie ponad 20. Mimo to dla gospodarzy był to dopiero drugi przypadek w tym sezonie, kiedy dali rywalom zdobyć ponad 120 punktów.

San Antonio Spurs na pewno nie chcieli w tak fatalny sposób żegnać się ze swoją publicznością, ale wyszło jak wyszło. Trzeba bowiem spakować torby i ruszać w coroczne „Rodeo Trip”, które raczej w tym sezonie nie będzie jak zwykle formą zgrywania się na najważniejszy okres po All Star Game. Kontuzjom bowiem „nie widać końca”.

Nie napiszę za wiele o meczu z Suns, bo to spotkanie nie miało ŻADNEGO znaczenia strategicznego, i był to przepotężny blowout, który Spurs zafundowali swoim rywalom. Słońca zdobyły w pierwszej kwarcie tylko 9 oczek? Goście prowadzili przez większą część spotkania 40-50 punktami? W zasadzie jedyną złą wiadomością dla Popa tego dnia była kontuzja kostki Murray’a, która pierwotnie przeraziła fanów Teksańczyków jeszcze bardziej, bowiem wyglądało to na zerwanie ACL czy MCL. Skończyło się jednak „na szczęście” tylko na kostce. Dodajmy do tego, że liderem punktowym Spurs był LaMarcus Aldridge z 23 punktami. Nie napiszę nic o pięknym krążeniu piłki w ataku, bo Suns prawie „położyli się” na parkiecie od samego początku spotkania.

Przechodzimy do wisienki na torcie ostatnich meczów Spurs, czyli spotkania wyjazdowego przeciwko Golden State Warriors. Spotkania, na które poza dwójką rekonwalescentów nie byli gotowi Tony Parker z bólem w plecach i Dejounte Murray ze skręconą kostką. San Antonio miało jakiekolwiek szanse w tym meczu?

Pierwsza kwarta, wygrana 10 punktami, pokazała, że tak. Czemu? Głównie z powodu bajecznego wręcz ruchu piłką i świetną obroną. Kto czyta regularnie „Pozdrowienia z Alamo!”, ten wie, że w moim odczuciu Danny Green nie jest tym samym obrońcą co w dwóch poprzednich sezonach. Tutaj jednak w pierwszych 12 minutach świetnie krył Stepha Curry’ego. Druga kwarta w wykonaniu gości była już nieco gorsza i na jaw wyszły oczywiste problemy, czyli brak 4 podstawowych zawodników. Manu Ginobili robił co mógł, ale 13 punktów zdobyte 13 rzutami, to było wszystko na co było stać Hiszpana. Trzeba sobie też otwarcie powiedzieć, że tą część meczu gracze Popa przegrali nietrafionymi rzutami z czystych pozycji czy przestrzelonymi wolnymi. Poza tym, kiedy skończył się ruch piłką i trzeba było polegać na klasycznym rozgrywaniu to zaczął się problem. Patty Mills miał w całym meczu problemy z faulami, a podczas jednej z przerw na żądanie Pop był po prostu Popem:

Druga połowa to już koncert w wykonaniu Warriors, którzy pokonali Spurs prostą bronią, kiedy potrafili mijać swoich obrońców w pierwszej linii i potem liczyli na gorsze rotacje w strefie podkoszowej. Nie przeliczyli się, ale z drugiej strony czego się spodziewać po zespole bez czterech podstawowych zawodników?

Spurs dalej świetnie bronią, chociaż ich obrona dała po raz trzeci w tym sezonie zdobyć rywalom ponad 120 punktów. Jest jednak drobne „Ale”, bo w pewnym momencie zaczyna brakować po prostu indywidualnych obrońców takich jak Kawhi Leonard. Kolejnym problemem jest to, że Pau Gasol ma niezły sezon i potrafi notować cyferki spod znaku All Star, lecz potrafi też to przeplatać seriami fatalnych meczów. Z drugiej strony takie wahania formy są normalne, jeśli mówimy o zawodniku rocznikowo lat 38.

W najbliższym tygodniu Ostrogi mają do rozegrania dwa spotkania – najpierw dzisiaj przeciwko Utah, a potem we wtorek (back2back) w Denver. Problemem może być jednak to, że na chwilę obecną Parker i Murray są bardzo niepewni występu z Jazzmanami, a na pewno w tym meczu nie zobaczymy Aldridge’a, który ma obolałe kolano. Ten mecz może być dla Spurs katastrofą kadrową, ale takie jest życie w NBA. Po meczu z Nuggets na San Antonio czeka równo 10 dni odpoczynku i może po tej przerwie WRESZCIE zobaczmy drużynę z Teksasu w pełnym składzie.

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz