POZDROWIENIA Z ALAMO! #35: Blamaż w Mieście Aniołów i cenna wygrana z Portland

10/04/2018
4 Shares 375 Odsłon

Nie zacznę dzisiejszego odcinka jakimś klasycznie długim wstępem o Leonardzie, bo na razie (jak to z reguły bywa w San Antonio) zapadła cisza medialna odnośnie lidera Ostróg. Jest (chyba) w Nowym Jorku dalej i tylko co mecz dostajemy informacje, że nie zagra w kolejnym. Mnie w tym wszystkim nurtuje tylko to, że czemu Spurs nie napiszą wreszcie „Out for a season”? Czy liczą na „cud”, czy może wiedzą więcej od nas?

Danny Green parę dni temu był gościem Chrisa Broussarda w podkaście „In the zone”. Tam opowiedział na spokojnie o burzy medialnej wokół Kawhi’a. Według jego relacji zespół na bieżąco jest informowany przez Leonarda o wszystkim, często z nim sms’ują i są w stałym kontakcie, bo ciągle jest bardzo ważną częścią zespołu. Dodał też, że The Claw ma za sobą cały zespół, a media mogą mówić co chcą, bo taka jest ich rola. Pomijając to – 99% ekspertów nie wierzy już w powrót Leonarda w tym sezonie. Ja jednak podkreślę jeszcze raz to, co mnie nurtuje – czemu nie podać wreszcie informacji, że już w tym sezonie nie zagra? Spurs wiedzą coś, czego my nie wiemy?

Z Leonardem, czy „bez”, Spurs po dwóch „zaskakujących” wygranych nad Thunder i Rockets ruszyli do Miasta Aniołów, gdzie w back2back czekali na nich walczący o życie i playoffs Clippers oraz nie walczący już o nic Lakers.

Życie na wyjeździe nie jest łatwe i wcale nie chodzi tutaj o to, że wielkie miasta sprawiają, że nie idziesz wcześnie spać, tylko wychodzisz z dyskoteki o 4:30 nad ranem. To nie w San Antonio, gdzie jak podkreślił Danny Green, nawet w samolotach atmosfera u nich jest inna niż w 99% drużyn. Zabawa zabawą, ale odpoczywać trzeba i to wszystko się nie zmienia mimo braku w składzie Tima Duncana. Czym więc wyjaśnić fatalną postawę Ostróg na wyjazdach w tym sezonie? Najbardziej o dziwo cierpi obrona, która od All Star Game prezentuje się tak:

  • wyjazdy: 22 pozycja w całej lidze
  • dom: 2 pozycja w całej lidze.

Nie od dziś wiadomo, że Ostrogi to „wiekowa” drużyna, ale przecież nie da się wszystkiego wytłumaczyć wiekiem. Może więc to efekt tego, że system i zaangażowanie daje rezultaty u siebie, ale „wymęczony” podróżą nie jest już tak skuteczny i wtedy „wreszcie” widać braki Leonarda także po bronionej stronie parkietu? Przypomnijmy, że w 2 ostatnich spotkaniach w AT&T Center, OKC rzuciło Spurs 99 punktów, a najlepszy atak w historii NBA, czyli Rockets – tylko 83.

Walczymy więc o życie, o playoffs i na pierwszy ogień stajemy naprzeciwko drużyny, która ma podobne cele do nas, czyli Clippers. Stajemy, walczymy i … prowadzimy po pierwszej kwarcie +14. Nagle wydawało się, że San Antonio chce już w pierwszej kwarcie zakończyć ten mecz i pokazać rywalom, że to będzie klasyczny blowout i dawać już tych Lakers. Nie tak szybko, rzekł Doc Rivers, i jego drużyna w drugiej kwarcie zniwelowała przewagę do 1 punktu. Niestety dla gości, popełniali oni sporo głupich błędów. Podstawowym było nieumiejętne „czytanie” tego jak sędziowie podchodzą do tego spotkania. Podchodzili oni bowiem tak, że gwizdali prawie każdą próbę przechwytu, a Spurs dalej „nie widzieli tego”. Efekt? Clippers stawali na linii rzutów wolnych tego dnia 43 razy, przy 28 San Antonio. Punktowo przełożyło się to na +10 dla gospodarzy.

Po raz kolejny ostoją Teksańczyków był LaMarcus Aldridge, który tym razem zdobył 35 punktów. Nie obyło się jednak znów bez momentów, kiedy LA powracał na parkiet i nie dostawał piłek przez jakiś czas. To zabójstwo dla San Antonio, zwłaszcza pod nieobecność Leonarda. Tak, Rudy Gay z ławki (dzisiaj 13 oczek) jest w coraz lepszej formie, ale to ciągle za mało. Grzechem jest więc nie wykorzystywać dyspozycji strzeleckiej Aldridge’a. Przed startem czwartej kwarty Spurs prowadzili 9 punktami by ostatnią część spotkania przegrać -14. Prawie „od razu” goście byli na limicie fauli, co skutkowało wspomnianymi rzutami wolnymi dla Clips. W końcówce doszły też 3 straty Manu, kilka niecelnych rzutów, kiepska obrona i niestety Ostrogi mogły zapisać na swoim koncie kolejną wyjazdową porażkę.

Spotkanie z Los Angeles Lakers, rozgrywane dzień po dniu zaczęło się tak, że na gości czekali Jeziorowcy bez Ingrama, Balla czy Thomasa. Spurs powinni jednak chcieć to wykorzystać i z ogromną agresją skoczyć rywalom do gardła, „zadać” cios i nie odpuszczać. Łatwo się jednak mówi, kiedy masz fatalny bilans wyjazdowy, a z racji back2back twój lider, weteran z ławki czyli Manu Ginobili, nie zagra tego wieczoru. Odejmując też Tony’ego Parkera, o którym napiszę szerzej kilka słów za chwilę, to Spurs wcale nie stali na lepszej pozycji.

Mecz był wyrównany, jak się można było tego spodziewać. LaMarcus Aldridge zrobił swoje z 28 oczkami, a Rudy Gay potwierdził dalszą dobrą dyspozycję. Nadspodziewanie dobrze zagrał Dejounte Murray, który trzymał Spurs „na powierzchni” zwłaszcza w czwartej kwarcie i dogrywce. 23 punkty, 9 zbiórek i 6 asyst to bardzo dobry występ w meczu o stawkę. Niestety nie przeniosło się to na linię rzutów wolnych, gdzie rozgrywający wraz z kolegami przestrzelili łącznie 8 prób. Danny Green i Tony Parker byli w grze 0/10. Pau Gasol też nie miał najlepszego dnia, ale przynajmniej ostatecznie zanotował double-double. Problemem jednak znowu była obrona, bo Lakers rzucali Spurs z gry i za trzy na ponad 50%. Ostrogi były po raz kolejny krok za wolne, co wyszło zwłaszcza w dogrywce, kiedy Kuzma zdobywał kluczowe punkty. Patty Mills co prawda zdobył 15 punktów, ale potrzebował na to 16 rzutów. Jeśli wiec do słabej obrony dochodzi kiepski atak, to w zasadzie z nikim nie da się wygrać.

Jeśli wliczymy fakt, że mecz z Clippers Spurs powinni wygrać +20, a z Lakersami po prostu wygrać, mając większe doświadczenie i nóż na gardle, to nie bez kozery w tytule użyłem słowa „blamaż”. Te mecze potwierdziły też przytoczoną wcześniej statystykę na temat obrony. W dwóch spotkaniach wygranych z Thunder i Rockets, ekipa Popa na własnym parkiecie straciła kolejno 99 i 83 oczka, a z ekipami z LA na wyjeździe 113 i 122. Kolejna statystyka, która dotyczy tego problemu. Spurs są 1-15 w meczach, w których dają rywalom rzucić 110+ punktów. Są też 0-11 w meczach 110+ w zdobyczy rywali, jeśli mecz jest na wyjeździe. Widzimy więc jak ta kombinacja w całym sezonie wychodzi Spurs „bokiem”.

Powracamy do kolejnego spotkania, a tym razem do domowego starcia z Portland. Fajnie, bo znowu u siebie, ale nie fajnie, bo przeciwko gorącej trzeciej drużynie Zachodu. Mecz stał na bardzo wysokim poziomie używając tego wyświechtanego określenia, ale na pewno mógł się podobać. Zwłaszcza pojedynek Aldridge’a (28 pkt) z Lillardem (33 pkt). Co jednak ważniejsze, Spurs tego dnia jako drużyna trafiali na ponad 56% skuteczności, a gości zatrzymali poniżej 110 oczek i na 47%.

Po dwóch wyrównanych kwartach, gospodarze zaczęli bardzo powoli dochodzić do głosu, co nie oznaczało, że budowali jakąś niesamowitą przewagę. Widać było jednak w nich ogromną determinację, jak chociażby w szaleńczych biegach po zasłonach i próbach blokowania rywali, gdzie „przeloty” kończyły się lądowaniem niemalże na ławkach rezerwowych. Po meczu Pop pochwalił taką postawę. Najważniejszy jednak „elementem” wygranej Ostróg był prawie 41 letni „debiutant” Manu Ginobili. Trochę żart z tym rookie, ale Manu zaskakuje w tym sezonie po dwóch latach, kiedy już wydawało się, że w baku nie ma paliwa, a jedynie samo doświadczenie. W meczu z Portland, znowu z nożem na gardle, Manu zdobył 17 punktów i był 7-7 z gry. Rywalom nie dał się nawet sfaulować bo był dla nich za szybki, w co trudno uwierzyć. W czwartej kwarcie jego wjazdy, czy niby wydawałoby się chaotyczne trójki z kontry z obrońca na twarzy, dały gospodarzom niesamowitego kopa i tym razem jego wysiłek nie mógł pójść na marne. Piszę tym razem, bo poprzedni raz Manu także czarował przeciwko Blazers, ale wtedy Spurs przegrali tamto spotkanie. Ostrogi są w tym sezonie 6-3 w meczach kiedy Manu zdobywa minimum 15 punktów. Po raz kolejny okazało się też czym dla San Antonio jest własna hala.

Spurs może mają i „fatalny” sezon w swojej skali, ale za to drugi bilans meczów na własnym parkiecie w całej NBA i do tego ciągle 3 defensywę. Nie wiem który fakt jest bardziej „szokujący” w kontekście tego, że Ostrogi ciągle nie są pewne gry w playoffs.

GDZIE JEST TONY PARKER!?

Francuza trudno znaleźć na parkiecie i jest to za równo ironia, jak i smutny fakt. Tony Parker rozgrywa obecnie bowiem najgorszą koszykówkę w swojej zawodowej karierze. „Oficjalnie” nie jest kontuzjowany, nie skarży się na jakieś urazy ale niestety w ostatnich 10 spotkaniach „wygląda tak”:

TP ostatni raz zdobył powyżej 10 punktów dokładnie 13 marca. W ostatnich 14 spotkaniach tylko dwukrotnie oddał więcej niż 10 rzutów z gry. Był pewien moment w sezonie, kiedy wydawało się, że powraca „stary dobry” Parker, ale to były niestety miłe złego początki. Obecnie Tony jest cieniem cienia samego siebie. Spurs nie mogą na niego liczyć w żadnym względzie.

Za kilkanaście minut rozpoczyna się mecz z Kings, który Spurs rozegrają na własnym parkiecie. Znowu walczą o życie, a w środę zagrają ostatnie spotkanie w sezonie regularnym przeciwko Pelicans na wyjeździe. Przekonamy się też wtedy, czy było to ich ostatnie spotkanie w tym sezonie.

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz