POZDROWIENIA Z ALAMO! #39: Na kłopoty Ginobili

24/04/2018
6 Shares 469 Odsłon

Manu Ginobili przed meczem numer 4 nie chciał żadnego pożegnania i chciał uniknąć sytuacji, kiedy podobnie jak przed rokiem, wszyscy zakładaliby, że to jego ostatni mecz. Argentyńczyk marzył nawet o szybkim i okazałym zwycięstwie 20 punktami, by nikt nie miał czasu na takie pierdoły jak jego ew. emerytura.

Gracze San Antonio Spurs w meczach 1-3 nie byli sobą, co oczywiście w ogromnej mierze było spowodowane klasą rywala i „nieodpowiednimi” dla nich matchupami. Do tego dwa ostatnie spotkania zostały także „okraszone” pogrzebową nutą związaną ze śmiercią małżonki ich „ojca”, trenera i głównego wodza, jak o Popie lubią mówić jego zawodnicy.

Przed mecze numer 4 Ostrogi musiały sobie zadać jedno pytanie: Czy chcemy w taki sposób kończyć przygodę z sezonem zasadniczym, gdzie wiele porażek nie było „z naszej winy?”. Wiadomo, że kontuzje są częścią zawodowego sportu, ale w San Antonio dawno nie było takich problemów. Drugim pytaniem było już to stricte dotyczące taktyki – zwłaszcza w defensywie. Skoro nie jesteśmy w stanie powstrzymać za jednym razem Thompsona i Duranta, to może skupmy się tylko na jednym, a drugiemu po prostu utrudniajmy życie jak mocno tylko się da?

Od samego początku game 4 na Klay’a Thompsona został rzucony Danny Green, który poprzednio „bezskutecznie” próbował bronić Kevina Duranta. Tak Green to wyśmienity obrońca, któremu do bronienia KD brakuje jakiś 6-8 cm. Ten sam problem w starciu z Thompsonem miał Patty Mills, więc Spurs uznali, że Green tego dnia postara się wyłączyć Thompsona, a na Duranta rzucą „wysokie” działa. Przez wysokość mam na myśli to, że gospodarze starali się tak przejmować, by rzuty Duranta kontestował Aldridge albo Gay, czyli gracze z porównywalnym wzrostem i zasięgiem do lidera Warriors.

Greenowi udało się powstrzymać Thompsona w całym meczu na 4 celnych rzutach na 16 prób, czyli na 25% z gry. To był swoją drogą ciekawy pojedynek patrząc jak jeden z najlepszych obrońców  na pozycji numer 2 kryje równie dobrego obrońcę. W ogóle w całym meczu Warriors już tak nie czarowali i można by tu wkleić dla ironii słynny już cytat Barkley’a „Live by the jumper and die by the jumper”. Spurs z kolei jak nie oni trafiali zza łuku na 53% z gry, co było szokujące równie mocno jak 3 na 4 trójki trafione czyściutko przez Murray’a.

Jak ważne są trójki w tej serii? Dubs wygrali czwarty mecz na tablicy +27, ale w trójkach punktowo przegrali -24. Takie czasy.

Kwintesencja koszykówki domowej z Alamo? Znakomita obrona i o wiele lepiej nastawiony celownik rzutowy. To cechowało San Antonio w tym sezonie i sprawdziło się w wygranej i tym razem. Nie potrzebny był nawet jakiś spektakularny występ Aldridge’a, który zdobył dla gospodarzy 22 oczka oddając 19 rzutów.

Niekwestionowanym królem wieczoru, ale nie w wydaniu sentymentalnym, był Manu Ginobili – zdobywca 16 punktów oraz autor 3 zbiórek i 5 asyst. Argentyńczyk zdobył 10 ze swoich 16 punktów w czwartej kwarcie i co ważniejsze zrobił to w momencie, kiedy na tablicy wyników jego drużyna prowadziła zaledwie 2 punktami. Najpierw Manu wymusił faul Greena i trafił dwa rzuty wolne. Potem po niesamowitej trójce o deskę z odejścia w wykonaniu Aldridge’a, „cold blooded three” zaliczył Ginobili. W pewnym momencie serce fanów Spurs zadrżało, kiedy Nick Young zderzył się z Manu i weteran upadł na parkiet z grymasem bólu trzymając się za kolano. Szybko jednak wstał po tym co usłyszał od publiczności. Jak skomentował to Marc Jackson z TNT „po czymś takim każdy by wstał bez względu na wszystko”.

MANU! MANU!

Post udostępniony przez Gutek (zaspany.com) (@gutekzaspanyvideo)

Potem punktowo był niesamowity fade away LaMarcusa z piłą rzuconą niemalże łukiem triumfalnym i znowu dwa punkty od 41 latka. Ginobili zakończył swój taniec z rywalem pewnie trafioną trójką tuż przy ławce rezerwowej rywali. Po meczu Steve Kerr skomentował to tak:

Typowy Manu, trójka z rogu przy ławce przeciwników cały on. (…) Nie musicie mi mówić ile ma lat, bo wiem, że jest stary. Grał jeszcze razem ze mną, a ja jestem już próchnem, więc wiem, że jest stary.

Sam Ginobili nie chciał po meczu mówić za wiele, ale przyznał, że w jakimś tam stopniu chcieli tym zwycięstwem „poprawić” humor swojemu trenerowi, o ile coś takiego jak sport jest w ogóle teraz w stanie zmienić w jego sytuacji cokolwiek. Danny Green też czuł, że ta wygrana była nie tylko dla nich samych:

Nie możesz ujmować niczego Ettore Messinie. To było wspaniałe zwycięstwo w playoffs dla nas, dla niego. Jesteśmy z niego dumni. Zrobił kawał dobrej roboty przygotowując nas do meczu i rozpisując wszystko tak jak trzeba, ale każde zwycięstwo jest teraz dla Popa, dla naszego wodza.

Manu Ginobili ma punktowo obecnie najlepsze rozgrywki playoffs od mistrzowskiego runu w 2014 roku. Patty Mills wspominał przy okazji coś o dumie Spurs i o tym, że „zasługiwali” na to jedno zwycięstwo. Nie wiem czy słowo „zasługiwać” jest odpowiednie, bo mam trochę wrażenie, jakby wszyscy nagle robili z Ostróg najgorszą drużynę w NBA, która nagle kosmicznym cudem dostała się do playoffs, a przypomnijmy, że do trzecich Blazers brakowało im 2 zwycięstw i to mimo tylu opuszczonych meczów przez Parkera, Gay’a i oczywiście z tylko 9 rozegranymi spotkaniami przez Kawhi Leonarda.

Dzisiaj o 4:30 w Oracle Arena mecz numer 5, który także poprowadzi Ettore Messina pod nieobecność Popa. Spurs oczywiście nie są w tym starciu bez szans, ale pewnie 99% ludzi interesujących się playoffs 2018 zakłada, że dzisiaj Wojownicy na własnym parkiecie zamkną tą serię. Plan dla Ostróg w zasadzie powinien być ten sam i zakładać podobne rotacje i krycia w obronie plus jednak znów dużo więcej rzutów i punktów ze strony Aldridge’a. Trudno też zakładać, by Dubs mecz po meczu rzucali poniżej 30% za trzy. Realnie patrząc game 6 w Alamo ma małe szanse na zaistnienie w tegorocznym kalendarzu NBA, ale w sporcie „nigdy nie mów nigdy”.

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz