POZDROWIENIA Z ALAMO! #8: Z Bucks i Bulls na remis

Jeden weekend, dwa mecze i dwie drużyny, które „na mapie” dzieli jedynie godzina i 45 minut drogi 94 międzystanową wzdłuż jeziora Michigan. Te dwie ekipy zwizytowały w ostatnich dniach AT&T center, gdzie drużyna San Antonio Spurs ciągle pozbawiona swoich dwóch startowych graczy, stara się nie dać za bardzo uciec czołówce Zachodu.

Kiedy ostatni raz meldowałem się z Alaomo, to zastanawiałem się czy nowo pozyskany Eric Bledsoe zagra w piątkowym starciu ze Spurs. Ostatecznie zagrał i to nawet w wyjściowym składzie mimo tego, że rano odbył z zespołem tylko jeden trening – trening rzutowy.

Od początku spotkania widać było, że goście są mocno zdeterminowani by nie dopuścić do kolejnej – już 5 w tym wypadku porażki z rzędu. Od razu na rywali rzucił się Giannis i Bledsoe, który wyglądał tak, jakby z Bucks trenował już parę tygodni. Na to combo San Antonio miało głównie odpowiedzi ze strony LaMarcusa Aldridge’a, który w pierwszej kwarcie zdobył 10 punktów. Wspomagał go także Kyle Anderson, dla którego było to wreszcie dobrze rozpoczęte spotkanie.

Po pierwszej kwarcie wynik brzmiał 27:25 dla gości. Gospodarze w tej części spotkania przez 2,5 minut byli w stanie zdobyć jedynie 2 punkty od Danny’ego Greena. Dopiero po tej dłuższej chwili dla ekipy Popa zapunktował Rudy Gay dla którego nie było to w ogóle najlepsze spotkanie (3-12). Ostrogi długimi fragmentami gry nie potrafiły znaleźć drogi do kosza i drużyna notowała dużo strat – 18 w całym spotkaniu. Gdyby nie równie kiepska ofensywnie kwarta w wykonaniu Kozłów, to wynik w połowie spotkania byłby mocno niekorzystny dla Spurs. Chyba tylko Manu Ginobili zagrał w tej części spotkania naprawdę nieźle, ale to był zdecydowanie jego wieczór.

Na drugą połowę gracze Popa nie wyszli chyba zbyt skoncentrowani, bo przez pierwsze ponad 4 minuty gry, jedyne punkty zdobył trójką Forbes. Dalej stratom nie było końca, a po bronionej stronie parkietu gospodarze nie mieli żadnej odpowiedzi na Antetokounmpo i Bledsoe’a. Obaj zawodnicy tego dnia zdobyli łącznie 41 punktów i dołożyli do tego 16 zbiórek, 12 asyst i 4 bloki.

Spurs w ogromnych bólach trzeciej kwarty starali się nie dać odskoczyć rywalom. Udało się to w niewielkim stopniu tylko dzięki duetowi Aldridge-Ginobili i po 36 minutach spotkania wynik brzmiał 76-70. Ostatnia część meczu rozpoczęła się tak samo jak dwie poprzednie – Ostrogi przez 2,5 minuty trafiły tylko jeden rzut z gry, zdobyły łącznie 3 punkty i zanotowały jedynie straty i faule. Pop na wiele rzeczy „machnął” już rękami, ale o dziwo jego drużyna ciągle była w grze na 6-8 punktów dystansu do rywali.

Nie wiedzieć jakim cudem, ale na 2:26 do końca spotkania, gospodarze przegrywali tylko 2 punktami po akcji And1 ze strony Argentyńczyka. Potem jednak do końca meczu nie zdobyli oni ani jednego punktu. LMA w tej części spotkania zdobył tylko 2 punkty i głównie w tym przyczyny porażki szukał Ginobili, dla którego był to wieczór ze zdobyczą 18 punktów.

Trochę zapomnieliśmy o LaMarcusie. Nie dostarczaliśmy mu wystarczająco dużo piłek. Powinniśmy skorzystać z niego w większym stopniu.

Pop z kolei w meczu zakończonym niskim wynikiem jak na dzisiejsze realia NBA – 94:87, narzekał nie na obronę lecz na straty.

Nie możemy tracić piłek w ten sposób w jaki robimy to obecnie. W każdym spotkaniu, w którym będziemy mieli wysoki wskaźnik strat będziemy mieli kłopoty.

Dla Spurs była to pierwsza porażka po trzech z rzędu wygranych spotkaniach. Znowu zawiodła młodzież jeśli chodzi o wsparcie graczy startowych, a kiepski mecz zanotował Danny Green (6 strat) i Pau Gasol (2-6 z gry)

Po meczu z Bucks na Spurs nie czekał odpoczynek, ale kolejny przeciwnik już następnego dnia. Tym razem wypadło na Chicagowskie Byki, które pojawiły się w Teksasie w składzie, w którym wielu graczy „nie powinno być w NBA”. Tak przynajmniej można wywnioskować po wielu głosach analityków – „They’re not NBA players”. Do tego ciągle nie zdolny do gry jest Zach LaVine. Czy mecz z Bulls był dla Ostróg tym z gatunku „must win”?

 Zanim usłyszeliśmy sakramentalne w AT&T center „SPURS BALL!”, w raporcie zdrowotnym mogliśmy przeczytać, że dzisiejszego dnia odpocznie Manu Ginobili, Danny Green ma drobny problem ze ścięgnem udowym, a Rudy Gay obolałe plecy. Ostatecznie Gay zagrał w tym spotkaniu, ale po parkiecie biegał dziwnie wyprostowany, co w połączeniu z doniesieniami o kontuzji pleców, nie mogło nikogo ostatecznie dziwić. Mecz na pełnym gazie zaczęli Pau Gasol i Aldridge, chociaż LA zaczął dokładnie od dwóch bloków jakie otrzymał od rywali pod atakowanym koszem. Hiszpan z kolei był bardzo agresywny i domagał się często piłki blisko kosza, gdzie Lopez był jedyną zaporą w całym spotkaniu. Gasol tego dnia w 27 minut gry zdobył 21 punktów, zebrał 10 piłek i rozdał 4 asysty. Był niewątpliwym MVP spotkania, a powód dlaczego mówię o tym od razu jest prosty  – ten mecz w zasadzie zakończył się w pierwszej kwarcie.

Jest czasem takie uczucie w NBA, że jednej drużynie idzie, nie ważne w jakim by nie była składzie, a druga ma kiepską formę i zdecydowanie zły dzień. To był właśnie ten moment, bo widać było po prostu, że Ostrogi nie wypuszczą tego zwycięstwa z rąk. Oczywiście był też i moment wychowawczy w przerwie spotkania, bo z prawie 30 punktowej przewagi w przekroju 1 i 2 kwarty, gospodarze głupimi podaniami i stratami dali dojść rywalom na jedynie +13. To był jednak tylko moment, bo Spurs po prostu tego meczu nie mogli przegrać.

Co można powiedzieć więcej o blowoucie, gdzie ekipa Poppovicha trafia z gry na 60%, a zza łuku na prawie 67%? W zasadzie tylko tyle, że Patty Mills nie odnalazł jednak swojej strzeleckiej formy i nie ma za bardzo znaczenia czy jest graczem wyjściowego składu czy zmiennikiem. Te dobre spotkania w jego wykonaniu bywały niestety i bywają na razie wypadkiem przy pracy. Gospodarze ciągle też notują sporo strat, bo tym razem 13 – większość w tym segmencie spotkania, kiedy dali gościom z prawie 30 punktów straty, wrócić na jedynie 13.

Nie ma co nadto „prze-analizowywać” gry Spurs, bo sprawa jest dosyć prosta – brakuje Leonarda i Parkera. Nie da się na dłuższą metę w dzisiejszej NBA i erze super teamów, grać tyle spotkań bez dwóch startowych zawodników i przy okazji dwóch jedynych rozgrywających. Gay starał się czasem rozgrywać piłkę i przy penetracjach kreować partnerów, ale na ten moment to wszystko wygląda na mocno wymuszone rozwiązania. Powtórzę też jeszcze raz coś, co może jest oczywiste, ale Spurs taka ilością młodzieży nie zdziałają za wiele w tym sezonie. Dobrze, że chociaż Parker jest bliższy powrotu do gry, bo w rozgrywaniu i grze ustawianej na obwodzie wieje „szaleństwem”, kiedy Manu nie ma na parkiecie, a nawet kiedy jest, to nie można wymagać od 40 latka by wziął co wieczór na własne barki wynik spotkania i kreowanie ataku.

We wtorek i środę czekają na Spurs dwa mecze wyjazdowe w Dallas i w Minnesocie.

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Powrót Omera Asika
Newsroom
43 odsłon
43 odsłon

Powrót Omera Asika

Dominik Kędzierawski - 23/11/2017