22/11/2017
29 Shares 2046 Odsłon

Jaka pogoda będzie w czerwcu w Bostonie? Steph Curry zastanawia się czy dobra, bo może to właśnie z Celtami spotka się w kolejnych finałach NBA. Oczywiście po tych około 16 rozegranych spotkaniach ciężko jest prorokować kto w playoffs będzie dalej w wysokiej formie, a kto nie, lecz pewne rzeczy już teraz widać na załączonym obrazku.

„Celtics are for real!”. Ekipa z Bostonu to obecnie jedna z najgorętszych drużyn w całej NBA i ekipa, która po przegraniu dwóch pierwszych spotkań w sezonie, wygrała już 16 kolejnych! Drużyna Brada Stevensa to też najlepsza defensywa ligi, bo trudno tak nie nazwać zespołu, który potrafi obroną pokonać Warriors. Do tego Kyrie Irving gra jak z nut i awansował z ostatnich miejsc ligi do top 6 jeśli chodzi o efektowność poszczególnych obrońców. Tak, Kyrie Irving broni! Do tego też jest clutch, jak chociażby wczoraj w starciu z Dallas, gdzie po dogrywce z 47 zdobytymi oczkami poprowadził swój zespół do kolejnego zwycięstwa. Po drugiej stronie Ameryki mamy Warriors, którzy zapomnieli już chyba o czkawce z początkowej fazy sezonu i znowu wyglądają jak Ci wielcy Dubs. Znowu też potrafią przegrywać, albo przesypiać 2-3 kwarty, a potem włączają ten słynny już przełącznik. Nawet Wojownikom czasem nie jest potrzebny Durant, który miejscami leczy drobne urazy albo tłumacząc to na język dzisiejszej NBA – odpoczywa. Na ten moment ekipa z San Francisco i z Nowej Anglii to dwie najlepsze drużyny w lidze. Kto się z tym nie zgodzi?

Na pewno LeBron James i koszykarze Cleveland Cavaliers, którzy od ostatniego swojego notowania z bilansem 5-7, wygrali 5 kolejnych spotkań i chyba powoli powracają na zwycięską ścieżkę. Oczywiście dalej fatalnie bronią, ale „jak na wschód” to może ta obrona im nie będzie potrzebna. Dalej w grze nie ma Thomasa i Rose’a, a także Tristana Thompsona. Te wygrane są i były możliwe dzięki fantastycznej postawie LJB’a i Kyle’a Korvera. Zwłaszcza iście epickim starciem było to z MSG, gdzie po wielu wojnach na słowa, Cavs wywieźli zwycięstwo, a James nazwał się królem Nowego Jorku. Tutaj można od razu nadmienić, że za sprawą fantastycznego sezonu Porzingisa, Knicks są nawet ciekawą ekipą do oglądania. Duch rywalizacji i sportu powrócił do Madison Square Garden i w Nowym Jorku kibice znowu mogą rozmawiać o sporcie, a nie tylko o kłopotach z włodarzami. Jedynym problemem Knicks może być tylko to, że muszą w ogromnym stopniu polegać na Kristapsie. Tak naprawdę, to on teraz stanowi siłę tego zespołu i jest „całym tym szumem” wokół niego.

Kto w takim razie na ten moment nie jest w lidze „…for real”? Na pewno na tą chwilę ogromny spadek zanotowali Orlando Magic, którzy w pewnym momencie jawili się jako niespodzianka rozgrywek i 2gie miejsce w konferencji. Teraz zespół z Florydy jest w sporym dołku, bo przegrał ostatnio 5 spotkań, a w ogóle wygrał tylko 3 z ostatnich 10. Podobne nastroje są też w Clippers, gdzie powoli słychać szepty na temat zwolnienia Doca Riversa. Co ciekawe na początku ekipa z LA wyglądała jak drużyna, która chce pokazać ile jest warta bez Chrisa Paula. Z CP3, czy też nie, obecne problemy Clips sięgają głębiej niż brak tego zawodnika, bo Kalifornijczycy przegrali ostatnie 9 spotkań. „W naszej grze nie ma walki”, mówił po jednym ze spotkań Patrick Beverley. W podobnym tonie o swojej drużynie wypowiadał się Marc Gasol, bo Grizz po bardzo dobrym starcie mocno spadli w hierarchii NBA, kiedy przegrali 5 meczów z rzędu i wygrali jedynie 2 w ostatnich 10 spotkaniach. Tutaj jednak dobrym „wytłumaczeniem” jest problem z Achillesem Mike Conley’a – serca i rozumu drużyny.

Co słychać ciekawego w trójkącie z Teksasu? W Dallas na ten moment bez zmian, bo ekipa Mavericks to wciąż obok Atlanty najsłabsza drużyna w NBA. Tak, fajnie się ich ogląda, są jak zwykle taktycznie dobrze przygotowani przez Ricka Carlisle’a, lecz nic za tym nie idzie. W San Antonio trwa za to wyczekiwanie na powrót rekonwalescentów w osobach Parkera i Leonarda, ale o tym i o innych meandrach gry Ostróg, piszę dla Was regularnie w pocztówce z Alamo. Najlepiej z tej trójki prezentują się Houston Rockets, którzy mają taki sam bilans obecnie jak Golden State. To wszystko było możliwe za sprawą niesamowitej gry Jamesa Hardena, który pod nieobecność CP3, wykręcał cyferki jakich w tej lidze nie widziano od czasów Tiny’ego Archibalda. Więcej o popisach brodacza w segmencie dotyczącym nagrody MVP, ale nawet powrót Paula na razie nie zakłócił tempa gry w Houston. Chris borykający się od początku sezonu z problemami z kolanem, w dwóch pierwszych meczach po powrocie notował średnio 14 punktów i 8 asyst, a Rockets wygrali średnio 24 oczkami. Bez niego oglądamy za to „stare dobre” Houston z ubiegłego sezonu z Jamesem Hardenem na czele. Jak ta współpraca ułoży się na stałe i jak będzie wyglądać w playoffs?

Z Teksasu wędrujemy do Oregon i do Minneapolis, gdzie Blazers i Timberwolves mają obecnie taki sam bilans. Portland na tą chwilę ma dwójkę super strzelców, która razem średnio notuje prawie 48 punktów na mecz. Sukces ekipy Stottsa, to w głównej mierze defensywa – obecnie druga w całej lidze i awans w tej kategorii o 22 miejsca w stosunku do ubiegłorocznego sezonu. Jeśli już jesteśmy przy obronie, to bez trudu można wskazać piętę Achillesową ekipy Thibsa. „Bez trudu”, ale jednak dziwnie powiedzieć o jego drużynie, że broni jak 4 najgorsza w tym aspekcie drużyna. Atak z kolei wygląda bardzo dobrze, wliczając w to zdobycze punktowe kwartetu Towns-Wiggins-Butler-Teague. Czy Leśne Wilki są w stanie nauczyć się bronić?

Przeskakujemy nagle na Wschód i przyglądamy się trzem czołowym lokatom za plecami Boston Celtics. Tam widzimy kolejno Raptors, Pistons i Wizards. Nie wiem, co powiedzieć na dobrą sprawę o Toronto i o Waszyngtonie, bo te dwie drużyny od 2-3 sezonów pokazują nam zupełnie inną grę w sezonie zasadniczym i inną w playoffs. Na tą chwilę Toronto są mocnym kandydatem do walki z Bostonem w PO, ale czy Kyle Lowry nie złapie znowu kontuzji tuż przed playoffs, a wszyscy wiemy co to oznacza dla jego gry? Czy Wiz mają jakieś pomysły na końcówki spotkań poza samymi izolacjami ze strony Walla. W barwach Raptors jednak nie można nie zauważyć zmiany, bo ekipa, która rok temu była ostatnia w asystach – w tym sezonie jest na 17 pozycji. Czyżby koniec samych izolacji w Kanadzie? Detroit Pistons z kolei w odróżnieniu od Orlando, pokazali, że ich dobry start w sezonie to nie przypadek. Okazuje się bowiem, że lepsza atmosfera w zespole, sporo energii i zaangażowania w grze to duży margines do poprawy. Dodajmy jeszcze do tego „lepsze” rzuty wolne Drummonda i mamy oto i przepis Van Gundy’ego na sukces.

„Trust the process!”. To co obecnie „wyczyniają” na parkiecie Embiid i Simmons jest po prostu piękne. Oto i na naszych oczach mamy parę rozgrywający-środkowy, którą (nie boje się użyć tego porównania) można porównać do czasów Penny’ego i Shaqa czy Jabbara i Magica. Naprawdę ci dwaj gracze będąc w formie i pełni zdrowia, to przyszłość tej ligi. Miejmy nadzieję, że kwestie pecha w sprawach zdrowotnych, Sixers wyczerpali już na długie lata. O Simonsie pisałem niedawno artykuł i podtrzymuje swoje zdanie, że gra czasem jak weteran, a na pewno jak murowany kandydat do ROY. Naprawdę, jeśli nie złapie jakiejś kontuzji, to dajmy mu od razu tą statuetkę – po co czekać? Okazuje się też, a w zasadzie dalej to widać, że bez rzutu z dystansu/za trzy można żyć w tej lidze, o ile „reszta” twojego talentu jest na skalę Bena.

Co można za to powiedzieć o Embiidzie? Mówimy tutaj o Joelu aka „Shaqeem’ie”, z dodatkowym rzutem za trzy punkty. Kameruńczyk potrafi być potworem w trumnie, blokującym na miarę Mutombo, a do tego dodał jeszcze zgodnie z dzisiejszymi kanonami rzut za trzy. Jego trash talking jest na wysokim poziomie, jest pewny siebie i rusza się tak, jakby nic go nigdy nie bolało. W jego ruchach nie ma żadnego marginesu strachu przed urazem, a mówimy o graczu o wzroście 218 i ważącym pewnie grubo ponad 120 kg. To co dla innych jest sufitem, dla Joela jest jedynie podłogą. Ta dwójka w parze z Covingtonem i Reddickiem to główna podstawa sukcesów 76ers. Oczywiście nikt tutaj nie zapomina Bretta Browna, który świetnie rozpisuje zagrywki w ataku i pilnuje, by drużyna nie zapominała o innych akcjach niż izolacje. Być może Sixers na ten moment są nieliczną ekipą obok Spurs, która jest w stanie polegać na graniu na dwa sposoby – izolacja pod koszem oraz szybki ruch piłki po obwodzie.

Jeśli już rozmawiamy o drużynach z „wysokim” potencjałem, to co powiedzieć o Pelicans? Mają oni bowiem taki duet wysokich jakich liga nie widziała od dobrych 15-20 lat. Jedyny problem dla Cousinsa i Davisa to ta cała „reszta”. Rajon Rondo wrócił dopiero niedawno do gry, ale nawet z nim na tym etapie sezonu, gracze z Nowego Orleanu są w stanie wygrać i przegrać z każdym. Co ciekawe gracze Gentry’ego mimo takich dwóch wież są na 17 i 18 miejscu odpowiednio w zbiórkach i blokach. Pytanie więc ponownie jest takie samo – jak dobra jest „reszta” zespołu? Czy przy takim graniu podczas Trade Deadline, komuś w Nowym Orleanie nie wytrzymają nerwy, czy może jednak trzeba „poczekać” do wakacji lub w trakcie rozgrywek wzmocnić wspomnianą resztę drużyny? 24 obrona ligi? To też nie brzmi za dobrze.

Jeśli o problemach mowa, to mają je na pewno gracze OKC, ale nie takie jakich się spodziewaliśmy .Thunder bowiem to drużyna, w której ego znika tak bardzo, że nie wiadomo kto ma grać w końcowych minutach spotkania. Zawodnicy trenera Donovana to bardzo dobrze broniąca i atakująca drużyna aż do ostatnich 5 minut w meczu. Wtedy nikt nie wie co się dzieje, bo poza rozmyślaniem, kto z wielkiej trójki powinien wziąć grę na siebie, to drużyna raptem przestaje umieć bronić. Taki rodzaj negatywnego „przełącznika” jaki mają Warriors. To wszystko mimo tego, że tercet Anthony-Westbrook-George zdobywa średnio ponad 6o punktów w meczu.

Swoją wędrówkę po zespołach NBA, z których jak często powtarzam, nie jestem w stanie obejrzeć każdego, kończymy na Indianie i na Denver. Okazuje się bowiem, że te dwie ekipy są o wiele wyżej niż wszyscy oczekiwali i to nie przez pierwsze kilka spotkań, ale tych 15-17 rozegranych. W Pacers wszystko za sprawą najlepszego w karierze sezonu Victora Oladipo, który jest częścią szóstego ataku tego sezonu. Denver to od kilku lat niespodzianka, ale w tym sezonie atak zespołowy z Colorado to 6 graczy ze średnią punktową powyżej 11. Do tego dochodzą też nowi gracze jak Millsap i może nikogo już nie zdziwi bilans 7-3 w ostatnich spotkaniach. Niestety jeśli jesteśmy przy temacie Paula, to silny skrzydłowy Denver przeszedł właśnie operację nadgarstka i nieoficjalne najczarniejsze scenariusze mówią nawet o 3 miesięcznej przerwie.

W temacie Lonzo Balla i Lakers nie za wiele się zmieniło. Dla jednych Ball wygląda powoli jak Bust, a dla innych to młody gracz, który potrzebuje czasu. Najmłodszy zawodnik z potrójną zdobyczą w historii NBA? Jedyny Laker obok Westa i Magica, który w debiucie zanotował dwie potrójne zdobycze? Wszystko się zgadza, lecz debiutant niestety przeplata to fatalnymi występami. Czy po zmianie fryzury i indywidualnych treningach, w jego grze będzie widoczna przede wszystkim „stała” agresja i ciąg na kosz? Walton do tego chce, by jego zespół nie rzucał tak dużo za trzy. Tak, to nie jest błąd w tekście, bo Lakers mają najgorszą w lidze skuteczność gry zza łuku i Luke chce by jego zawodnicy więcej wjeżdżali pod kosz.

Ten wschód miał być taki słaby i co?

Przed startem sezonu wszyscy pisali jak Wschód jest słaby i jak nie ma on szans w starciach z konferencją Zachodnią a tymczasem … Wschód ma bilans 58-49 w starciu z drużynami z drugiego wybrzeża. Do tego warto też spojrzeć na rekordy drużyn z dodatnim bilansem w konfrontacji z Zachodem:

Na ten moment też „ostatni w playoffs” na Zachodzie Memphis mają bilans poniżej 50% wygranych, co na Wschodzie nie dawałoby w tej chwili awansu do czołowej ósemki (Indiana 55,6%). Jeśli ten trend się utrzyma, to może należałoby jeszcze wstrzymać ruchy i wzmożoną histerię na temat tej „nierównowagi” w lidze?

Ranking MVP #2:

Na ten moment kandydatów mam trzech, z czego jeden z nich musi mocno poprawić bilans swojego zespołu, by liczył się w walce o to trofeum:

1. James Harden:

James Harden od 2-3 sezonów bije się o nagrodę MVP i na ten moment bił raczej głową w ścianę, bo przegrywał czy to z Currym czy Westbrookiem. W tym sezonie lider Houston pod nieobecność Chrisa Paula jest pierwszym strzelcem ligi ze średnią prawie 32 punktów i liderem w asystach z niemalże 10. Jeśli ten trend utrzymałby się do końca rozgrywek, to Brodacz byłby drugim graczem w historii NBA, który przewodził w lidze zarówno w asystach jak i zbiórkach. Pierwszym był Tiny Archibald w sezonie 1972-73. Rockets do tego mają razem z Warriors drugi bilans w lidze. Czy trzeba czegoś więcej?

2. Kyrie Irving:

Na ten moment lider Bostonu ma bardzo skromne notowania statystyczne, jeśli już teraz chcielibyśmy go porównywać z laureatami tego trofeum z lat ubiegłych. Tutaj jednak dochodzi także narracja, która od 2-3 sezonów ma wielki wpływ na głosujących. Oto bowiem i Kyrie odchodzi od LeBrona i ciepłej posadki w Cleveland, bo chce być na swoim – chce być tym „kimś”. Na starcie sezonu wypada Hayward, a w drużynie prym wiodą młodzi Tatum i Brown. Przewodzi im młody Irving i Celtowie z 0-2 na starcie sezonu wychodzą na 16-2. Dodatkowo gracz z Nowej Anglii jest tak idealnym graczem na nerwowe końcówki, że lepszego to już chyba ze świecą szukać. Spójrzmy na jego statystyki w grze na 5 minut przed końcem i przy różnicach punktowych także w okolicach 5:

Być może Irvingowi będzie potrzebny też zespół z bilansem zwycięstw powyżej 55-60. Czy Celtowie są w stanie to zrobić?

3. LeBron James:

To jest właśnie ten przypadek, kiedy zespół musi poprawić swoją grę, bo król jaki jest – każdy widzi. Bez LeBrona Jamesa, gracza, który w 15 sezonie w NBA przewodzi lidze w minutach. Cleveland Cavaliers nie istnieją. Nie ma tutaj znaczenia czy LBJ jest królem Nowego Jorku czy tylko Ohio. Ma on najwyższą średnią punktową w swojej karierze od czasów ostatniego sezonu w barwach Cavs i wyjazdu do Miami. Do tego dochodzi też najlepsza w karierze skuteczność w rzutach za 1, 2 i za 3. Wspominałem też o wieku 33 lat i rekordowych rozgrywkach także w blokach? Dla LeBrona wygranie ponad 55 spotkań może mu dać zaproszenie do szerokiej konwersacji o tegorocznej nagrodzie MVP.

1/5 rozgrywek za nami i chyba ten sezon nie jest tak „nudny” i przewidywalny jak straszyli nas wszyscy dziennikarze, prawda? Jest wiele spotkań, które warto oglądać i w tym momencie może 4-5 drużyn gra słabo i bez wyrazu, a to chyba niewiele jak na 30 zespołów w całej lidze.

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz