TIMEOUT: Od 2011 roku LeBron James ma „monopol” na konferencję Wschodnią. Czyja to wina?

20/06/2017
41 Shares 248 Odsłon

Kiedy LeBron James w 2007 roku dotarł do swoich pierwszych w karierze finałów NBA, to z miejsca musiał się pogodzić z dominacją San Antonio Spurs, którzy w latach 1999-2007 sięgnęli po swój czwarty mistrzowski tytuł. W tym tekście i w tym momencie nie ma znaczenia, że była to porażka Cavs w rozmiarze 0-4, ani fakt, że LBJ doprowadził do finałów jedną z „najgorszych” drużyn, jakie personalnie zagrały w decydującym starciu o puchar Larry’ego O’Briena. Potem w latach 2008-10 James wraz z Kawalerzystami musiał się mierzyć z Boston Celtics czy z Orlando Magic, którzy w tamtym okresie byli najlepsi na Wschodzie. Musiał też się nasłuchać i naczytać na temat tego, jak długo czeka na mistrzowski pierścień i jak bardzo nie dorasta do pięt Michaelowi Jordanowi. W 2010 LBJ powiedział jednak DOŚĆ i postanowił zostać najlepszym nieoficjalnym generalnym menadżerem w historii NBA.

Sposób w jaki LeBron James poinformował cały sportowy świat o tym, że zabiera swoje koszykarskie talenty na Florydę, będzie się jeszcze długo kładł cieniem na jego „Legacy”, o które tak bardzo teraz dba. Nie będzie mu też pomagał w tym fakt, że będzie wiecznie oskarżany o to, że do wygrania pierścienia potrzebował aż dwóch superstarów, a i tak w pierwszej swojej wizycie z nimi w finałach, musiał uznać wyższość zespołowości Dallas Mavericks. Rok później jednak wszystko się zmieniło, bo po starciu z Oklahoma City Thunder, James skakał i płakał jak mały dzieciak, trzymając w dłoniach upragnione trofeum za mistrzostwo NBA. Rok później o mały włos znowu przegrał finały, lecz ostatecznie udała mu się niezwykle krwawa zemsta na San Antonio Spurs. Kolejne finały to z kolei zemsta Ostróg i być może najbardziej „niekwestionowane” zwycięstwo w historii finałów NBA – zwycięstwo nad bardzo dobrym zespołem.

Jeśli ktoś w lidze był w stanie postawić się Królowi Jamesowi to był to Brylantynowy Pat. Riley nie uległ presji swojej gwiazdy numer jeden i stwierdził, że nie zamierza robić wszystkiego na zawołanie, byleby James był zadowolony, nie odszedł i z nowymi siłami walczył o kolejne trofea na Florydzie. Po słowach LeBrona „sprawdzam”, postanowił spakować manatki i powrócić do rodzinnego Ohio, gdzie miejscami jeszcze widać było popioły po spalonych jego koszulkach z wakacji 2010. Nie wracał jednak już do Cleveland, które nie było gotowe na nic. Wracał do klubu, który latem 2014 zrobił wszystko by dać swojej gwieździe odpowiedniej klasy dworzan do walki o tytuł. Oczywiście słowo dworzanie to obraza dla Love’a czy Irvinga, ale Król może być tylko jeden.

Przez ostatnie trzy lata i trzy finały NBA, LBJ narzekał, obrażał się na zespół, rzucał niedomówienia i podteksty w mediach społecznościowych, ale swój cel osiągał. Oczywiście wiele osób go za to nie znosi, ale takim zachowaniem nie tylko osiągnął poniekąd swój cel. W końcu to zespoły w których grał także na tym zyskiwały, grając rokrocznie w finałach NBA. Tak LeBron jest w tych ostatnich 7 finałach na minusie w stosunku 3-4, ale w ten sposób zyskał monopol na finały ligi na wschodzie. Spójrzmy bowiem na to w ten sposób: Od 7 lat żadna drużyna z konferencji Wschodniej nie zagrała w finałach NBA, o ile jej członkiem nie był właśnie on.

Kiedy kiełkował mi w głowie pomysł na kolejną odsłonę cyklu „Timeout”, to zastanawiałem się przede wszystkim czyja to wina, że na Wschodzie koszykówka jest tak zmonopolizowana. Tak „wina” w tym wypadku leży w ogromnej mierze po stronie LeBrona, ale czy tylko na pewno? W końcu najwyższe lokaty w konferencji nie byłby możliwe gdyby nie dwójka All Starów w osobach Love’a i Irvinga, czy wcześniej superstarów – Bosha i Wade’a. Jaka jest część wspólna tych dwóch drużyn poza LBJ’em? BIG 3

Od 7 lat LeBron James na drodze do finałów NBA i na drodze do dominacji w sezonie zasadniczym spotykał sprzymierzeńców, których używając nomenklatury sklepowej miał „z najwyższej półki”. Jego siła więc jest równie wielka, co równie wielka jest słabość pozostałych drużyn w budowaniu składów o porównywalnym potencjale. Prawda jest bowiem taka, że sam LeBron w 82 spotkaniach i minimum 16 playoffs razy 7 lat z rzędu, nie wygrałby niczego. Co więc stoi na przeszkodzie, by Boston czy Chicago czy Indiana, byli w stanie ściągnąć do siebie dwóch graczy klasy All Star i zbudować konkurencyjne drużyny?

Każdy chce grać z LeBronem Jamesem – to pokazało wiele ankiet i odpowiedzi na pytania w stylu: „kogo po cichu kochasz w NBA najbardziej”. Czy jednak tak wielką sztuką było dołączenie do Paula George’a solidnych All Starów? Do wsparcia Derricka Rose’a kimś jeszcze? Oczywiście Chicago w pewnym momencie miało największe realne szanse na to, by pokonać hegemonię LeBrona, ale czy Król James jest winny temu, że zdrowie w Windy City sypało się jak domek z kart? Czy jest temu winny, że wielu krytyków ostrzegało, że tegoroczny Boston ma tylko jedną prawdziwą gwiazdę, a nie trzy? Czy Danny Ainge budując swój dalekosiężny plan nie przeczekuje pewnego momentu? Czy w Indianapolis nie popełnili takiego samego błędu?

Oczywiście nikt z graczy z wymienionych drużyn poza Cleveland nie ma w osobie swojego lidera kogoś, dla kogo właściciel i generalny menadżer zrobi w zasadzie wszystko. Właściciele też odgrywają tutaj ogromną rolę, bo nie każdy tak jak Gilbert chce płacić tak ogromny podatek od luksusu. Oczywiście wypadkowa takich pieniędzy i takiego lidera to trzy finały z rzędu i jedno mistrzostwo NBA. Być może cena, której nikt z innych klubów na Wschodzie nie chce zapłacić. Nie można więc powiedzieć, że LeBron James jest monopolistą z własnej woli. Jest monopolistą, bo na razie nikt na Wschodzie nie jest w stanie zbudować swojej własnej potęgi, sporo zaryzykować i sporo też wydać.

W tegorocznych finałach NBA, Cleveland Cavaliers przegrali z Golden State Warriors, co w kontekście Dubs będących „napakowanymi” gwiazdami, nie przynosi Kawalerzystom jakiejś strasznej plamy na honorze. Ciekawsze jest jednak to, że już paręnaście dni po finałach w Ohio rzucają się po cichu na łakome kąski na rynku wolnych agentów. Tym bardziej, że Cavs nawet w niezmienionym składzie byliby prawie pewniakiem do finałów 2018. To jednak im nie wystarcza i już machina koncepcyjna w Cleveland pracuje pełną parą. Dlaczego nie pracuje tak intensywnie w innych klubach?

Tyle tutaj się rozmawia o pieniądzach i sile psychicznej LeBrona, że zapominamy często o aspekcie czysto-sportowym. Ileż bowiem „choke game” w ostatnich latach zaliczyli przeciwnicy Jamesa i spółki? Czy jego heroizm w meczach z Indianą decydował o odrabianiu gigantycznej przewagi, czy może fakt, że Paul George nie jest Michaelem Jordanem, a jego drużyna nie była do końca gotowa na playoffs? Raptors, którzy miejscami bali się własnego cienia i przystępowali do rywalizacji z Kawalerzystami z głowami już wystawionymi na ścięcie? Te wszystkie kombinacje, te wszystkie czynniki sprawiają, że nie należy oczywiście odejmować wielkości LeBronowi Jamesowi, lecz należy się solidnie zastanowić jak bardzo jego przeciwnicy chcieli go pokonać. Jak wielką determinacją wykazały się kluby od ostatniego 12 gracza po sam szczyt decyzyjny organizacji.

Jeśli chcesz być wielki – musisz ryzykować. Jeśli chcesz być Królem – musisz walczyć jak Król. Jeśli chcesz zdetronizować LeBrona Jamesa i wygrać z nim w monopol na Wschodzie, to musisz zrobić to co on, by na końcu sezonu być na szczycie w swojej konferencji. Co konkretnie? WSZYSTKO.


MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz