TIMEOUT: Isaiah Thomas, czyli „od bohatera do zera”

10/02/2018
93 Shares 2800 Odsłon

Kiedy stawał na linii rzutów wolnych, to na zegarze pozostawała nieco ponad minuta do końca spotkania. Wtedy w Boston Garden nikt nie siedział i z powodu ogromnej wrzawy trudno było usłyszeć własne myśli. Isaiah Thomas stając przed kolejną próbą nerwów nie tylko słyszał zewsząd dochodzące do niego okrzyki „MVP! MVP!”, ale właśnie dał swojej drużynie 5 punktowe prowadzenie i sam w meczu playoffs drugiej rundy zanotował 50 oczek. Oczywiście znany z bardzo dobrej skuteczności osobistych trafił swój 51 punkt, a potem wyśrubował jeszcze ten indywidualny wynik do 53. Z parkietu schodził jako król, bo przecież Celtowie wyszli właśnie na prowadzenie 2-0 w drugiej rundzie playoffs, wygrywając thriller po dogrywce. Gratulacjom i pochwałom nie było końca, a przed zawodnikiem mierzącym niespełna 175 cm wzrostu, cały świat stał otworem … a może tylko tak mu się wydawało?

W NBA, tak jak i w każdym zawodowym sporcie wszyscy cię kochają dopóki jesteś na szczycie. Potem niestety pozostają już tylko wspomnienia, jeśli powinie ci się noga, albo przydarzy jakaś poważna kontuzja. Wtedy zaczynają się wątpliwości, a obawy zaczynają przykrywać to, co zdążyłeś osiągnąć w swojej karierze. Czasem poza wyświechtanym zwrotem w stylu „nikt mu nie odbiera tego, co dokonał kiedyś”, nic ci więcej nie pozostaje. Możesz oczywiście przekonać wszystkich, że się znowu mylili, ale jeśli to jednak oni mieli rację, wieszcząc twój koniec – nie miej złudzeń, że będziesz miał za sobą wiele osób.

„Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz?”. Tak, o ile ten ostatni mecz, nie wypadał jeszcze pod koniec maja, a z powodu poważnego urazu twoja forma nie jest wielką niewiadomą. Wtedy wszystkie zapewnienia, pochwały i laury idą w zapomnienie i wszyscy mówią już tylko o jednym – „to tylko biznes”.

Isaiah Thomas 16 marca 2017 roku nabawił się kontuzji, kiedy po jednej akcji upadł na niego ważący 27 kg więcej, Karl-Anthony Towns. IT opuścił dwa kolejne spotkania, z jak się wydawało pierwotnie kontuzją „nogi”, ale potem powrócił do gry, poprowadził Celtów do bilansu 9-3 na finiszu rozgrywek i ostatecznie do pierwszego miejsca w tabeli konferencji Wschodniej. Niestety jak się później okazało, grał cały czas z kontuzją biodra, bo diagnoza postawiona przez klubowych lekarzy okazała się błędna. Isaiah grał, zaciskał zęby, był królem czwartej kwarty, był 5ty w głosowaniu na MVP sezonu i notował średnio prawie 29 punktów na mecz. Niestety jednocześnie ciągle pogarszał stan swojego zdrowia w takim stopniu, jakiego chyba nikt się nie spodziewał. W tym momencie powiedzieć o Thomasie, że „zostawił zdrowie na parkiecie”, to jak nie powiedzieć nic.

Boston miał być jego domem, tym, do którego zawsze chce wracać i tym, gdzie domownicy zawsze na niego czekają z otwartymi rękami. Dzięki świetnie skrojonej ofensywie Brada Stevensa i ukrywaniu jego mankamentów w obronie przez młodych i atletycznych kolegów z drużyny, Thomasa kochała cała Nowa Anglia, a chyba nawet on się tego nie spodziewał. Na pewno nie wtedy, kiedy przez całe życie słyszał, że jest za mały i za słaby na granie w koszykówkę, a w NBA? Wolne żarty. „Pick me last again”, to jego motto sportowe, nawiązujące do tego, że Kings w drafcie 2011 roku wybrali go w drugiej rundzie z ostatnim numerem! Swoją przydatność do gry jednak udowodnił, kiedy zaczynał od średniej na poziomie 10 punktów, a skończył na 20 w trzecim sezonie gry. Był też w większości graczem startowym. Potem było pół sezonu w Suns i wędrówka do Bostonu, gdzie w tym zamieszaniu musiał przyzwyczaić się do roli rezerwowego, który i tak w skali tego niełatwego roku notował 19 punktów na mecz. Potem był już tylko marsz na sam szczyt i osiągnięcia, dzięki którym Thomas pojawiał się w zdaniach wypowiedzianych jednym tchem, obok takich legend Bostonu jak chociażby Larry Bird.

Ile warte jest słowo dane w sporcie? Ile warta jest lojalność? Jakie w końcu znaczenie mają ludzkie odruchy i sumienie, kiedy kierujesz maszynką zarabiającą grube pieniądze, a twój żołnierz jest rany i niezdatny do służby? NIC. Isaiah Thomas w sezonie, w którym Celtowie doszli aż do finału konferencji nie walczył o kontrakt, ani „nie musiał grać”, gdyby wiedział, że stawką jest jego zdrowie, a może nawet i cała kariera. Zostawił na parkiecie dosłownie wszystko co miał, bo grał do momentu, kiedy po prostu nie był w stanie biegać. Po tym wszystkim Dany Ainge zmienił mocno optykę swojego postrzegania rzeczywistości i już nie był tak rozkochany w Thomasie. Już nie było wielkich słów o panteonie Celtów, tylko oczekiwanie na to, że uda mu się wcisnąć komuś Thomasa jak zepsuty samochód i dorzucić karteczkę „wymaga gruntownej naprawy, może się psuć w przyszłości”. IT miał rację, że Ainge był absolutnie nie w porządku, kiedy wypominał 29 letniemu rozgrywającemu stan jego zdrowia. „Danny, przecież to się stało na Twojej zmianie”, mówił Isaiah, wskazując m.in. na sztab medyczny z Nowej Anglii, który mówiąc delikatnie nie wywiązał się ze swojego zadania. Przecież to nie IT ich zatrudniał ani też ich nie nadzorował. GM Celtów jednak nie rozumiał do końca „w czym rzecz”:

Wiem, że Isaiah dał nam z siebie wszystko. Był Celtem. Był w 100% zaangażowany w drużynę, a drużyna w niego. Miał wielką scenę do pokazania swoich umiejętności, a trafił tu, tułając się pomiędzy Sacramento a Phoenix, po czym w Bostonie znalazł dom i zagrał dla nas fenomenalne rozgrywki. Jak spojrzymy w przyszłość, to sądzę, że wszyscy nasi przyszli rozgrywający będą porównywani do niego.

… nie wiem jednak co mu jesteśmy winni. Daliśmy mu szansę, daliśmy mu wszystko co mieliśmy, a on dał nam wszystko co miał.

Nawet jeśli Ainge ma sporo racji, to pozostaje jeszcze jeden „mały drobiazg” …

Nawet jeśli IT bardzo nie chciał oglądać tych zdjęć, to pewnie je w końcu widział. 15 kwietnia w sobotni poranek, na jednej z międzystanowych dróg nieopodal Seattle, w wypadku samochodowym zginęła jego 22 letnia siostra Chyna. Zginęła dzień przed pierwszym meczem playoffs 2017, kiedy Celtowie podejmowali Chicago Bulls. Thomas o wszystkim dowiedział się po treningu i doznał szoku. Nikt w Bostonie nie mógłby mieć do niego pretensji, gdyby powiedział, że to dla niego za dużo i musi być teraz z rodziną, a nie walczyć na parkiecie. Podkreślał to nawet Brad Stevens, że w takich momentach koszykówka nie ma żadnego znaczenia. Isaiah mimo tego postanowił, że się nie podda. Jedną wargę już zagryzał z powodu bólu biodra, więc zagryzł i drugą i na otwarcie serii rzucił Bykom 33 punkty. To jednak na niewiele się zdało, bo gospodarze przegrali zarówno pierwszy mecz, jak i drugi.

Kontuzja Rajona Rondo i skrajny wysiłek całej drużyny z Nowej Anglii sprawił, że Celtowie odwrócili losy tej serii i z 0-2 przeszli do drugiej rundy z wynikiem 4-2. Po szóstym meczu Thomas poleciał do Tacomy na pogrzeb, a był z nim m.in. Danny Ainge. Trener Stevens także wtedy podkreślał, że nikt w zespole nie będzie miał do niego pretensji, jeśli nie będzie gotowy zagrać w meczu otwarcia w rywalizacji z Waszyngtonem. IT jednak grał dalej, a w drugim meczu zdobył wspomniane na początku 53 oczka. Po 7 spotkaniach Celtowie zapewnili sobie awans do finału konferencji, co nie zdarzyło im się od 2012 roku i ery Wielkiej Trójki Pierce-Garnett-Allen.

Finał Wschodu dla Thomasa był dla niego przykrym zakończeniem całego sezonu. Już w meczu otwarcia ledwo biegał i z trudem zdobył 17 punktów. W drugim spotkaniu zdołał zagrać tylko 17 minut, po czym biodro ostatecznie odmówiło posłuszeństwa. Pozostało mu więc tylko patrzenie jak Cavaliers awansują do finału NBA, ale chyba jeszcze wtedy miał wrażenie, że było warto, że to był ogromny sukces zarówno jego, jak i przede wszystkim całej drużyny. Nie wiedział jeszcze wtedy co go czeka.

„Show must go on”, a NBA to tylko biznes. Kontuzja Thomasa okazała się na tyle poważna, że z powodu niekompetencji w jej monitorowaniu, z Bostonu został zwolniony cały sztab medyczny. Marne to jednak pocieszenie dla gracza, który w ostatni sezon kontraktu miał wejść z uszkodzonym biodrem, które mogło nawet wymagać operacji. To było jednak tylko preludium do wszystkiego, bo oto i wkracza Danny Ainge, który wykorzystuje zamieszanie w Cleveland i „wyciąga” z Ohio Kyriego Irvinga. Oczywiście nie robi tego za darmo, bo poza pierwsz-rundowym pickiem Netsów, do LeBrona Jamesa wędruje … Isaiah Thomas. Niestety już przy testach medycznych okazało się, że biodro IT jest w dużo gorszym stanie niż wszyscy sądzili, i chociaż operacja nie jest konieczna, to zawodnik miał do gry powrócić dopiero w styczniu. Należało jednak wtedy zadać jedno podstawowe pytanie, które wszyscy dziennikarze piszący o NBA zadawali w najrozmaitszych formach i odmianach: „Jakiego Isaiah Thomasa zobaczymy po kontuzji?”

Trzeba sobie uzmysłowić jak w zawodowym sporcie poważną kontuzją jest uraz biodra i jak ogromny ma wpływ na gracza, który przede wszystkim bazuje na szybkości i eksplozywności. W Cleveland nikt nie naciskał na powrót Thomasa do gry, ale i tak finalny powrót był zbyt wczesny. Nie ma się co bowiem oszukiwać, że IT w barwach Cavs przypominał bardziej Thomasa u schyłku zdrowia z playoffs, niż zawodnika rzucającego 53 punkty, czy też będącego 5tym graczem w głosowaniu na MVP sezonu. Cena jaką Isaiah zapłacił za poprzedni sezon rosła w niebotycznym tempie. Rosła tak szybko, że nagle z gracza o kalibrze MVP stał się „zakałą” zespołu, bez formy i bez żadnych zdolności defensywnych.

W jednym z utworów grupy O.N.A, Agnieszka Chylińska śpiewała znane słowa, że „… czy warto było starać się, jak ja? ..” i aż nie sposób nie odnieść ich to Thomasa. Kim jest teraz 29 letni Isaiah? Graczem z ławki? Zawodnikiem oddanym bez wahania do Lakers? Na pewno nie jest już gwiazdą, na którą czeka wielka zapłata, o której marzył, bo umówmy się – ilu graczy kalibru nieporównywalnie mniejszego inkasowało pokaźne czeki, a on nie. Pozostaje też oczywiście aspekt sportowy i ta klątwa, czyli „pick me last”. Po kontuzji biodra można nigdy nie wrócić do pełnej sprawności fizycznej, a mówimy tutaj przecież o graniu w NBA. Thomas nie raz powtarzał, że gdyby mógł coś zmienić, to by przesiedział całe playoffy i być może wtedy nie doszłoby do większego uszkodzenia biodra, a może i do transferu? Nawet jeśli, to w Cleveland stawiłby się gracz, który trafia, penetruje strefę podkoszową, wymusza faule i jest o wiele lepiej odbierany przez kolegów. Lojalność w zawodowym sporcie? Wolne żarty …

Znowu będą w ciebie wątpić, wytykać palcami, wytykać błędy i kwestionować twoją przydatność. Jedni będą się pewnie śmiać z twojej wielkiej niespełnionej „wielkiej” wypłaty, a pewnie paru będzie współczuć. Kurz może jednak szybko opaść i ludzie mają bardzo krótką pamięć. „Mit” Isaiah Thomasa, wielkiego Celtyckiego rozgrywającego będzie się gdzieś kurzył w annałach bibliotek Boston Garden i nie wiadomo jak szybko ktoś sięgnie po tą „pozycję” w księgozbiorze. Nie jest to na koniec bynajmniej celowe zrymowanie, ale wszyscy marzą o Amerykańskim śnie i karierze od pucybuta do milionera. Nikt z nas jednak nie chciałby być na końcu drogi Thomasa – „od bohatera do zera”.


Jeśli ktoś nie widział, to jako uzupełnienie tekstu polecam cykl krótkich filmów pt: „Book of Isaiah 2”, które można obejrzeć na kanale „The Players’ Tribune” (Odc. 1 || Odc. 2 || Odc. 3 || Odc. 4 || Odc. 5 || Odc. 6 || Odc. 7 )

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz