TIMEOUT: „Oh baby, what a play!”, czyli mistrzowie mikrofonu

28/09/2015
17 Shares 42 Odsłon 2 Komentarze

W historii NBA mamy wiele wspaniałych momentów, które każdy z nas doskonale pamięta. Nieodłącznym elementem takich wspomnień jest komentarz. To właśnie te efektowne frazy, wypowiadane czy wręcz wykrzyczane w emocjach, dodają kolorytu i sprawiają, że wszystko to zapada nam w pamięci na zawsze. Niektóre z tych określeń, które padły w relacjach telewizyjnych czy też radiowych, trafiły na stałe do słownika koszykarskiego. Kto bowiem wiedział co to jest „slam dunk”, zanim tego terminu nie użył nieżyjący już Chick Hearn?

POSŁUCHAJ TO DO CIEBIE

Stacje ogólnokrajowe w Stanach, takie jak NBC, TNT czy ABC, od lat pokazywały najważniejsze wydarzenia związane z koszykówką NBA. Na największej „scenie” mogli więc pokazać się nie tylko zawodnicy i trenerzy, ale także najlepsi komentatorzy.

1

Kiedy Marv Albert zaczynał swoją karierę radiowo-telewizyjną, był rok 1967, a Marvin miał 26 lat. Przez kolejnych 37 sezonów był głosem Nowojorskich Knicks. Zaczynał od podawania piłek i ręczników, ale od zawsze ciągnęło go do mikrofonu. Przez te wszystkie lata słynny komentator brał udział w niezliczonej liczbie transmisji, a swoją sławę zawdzięcza charakterystycznej barwie głosu. W końcu kto z nas nie chciałby umieć w tak majestatyczny i wyjątkowy sposób powiedzieć „Yes!”. „Yes and a faul”, te dwie kwestie na zawsze będą się kojarzyć z Albertem, który do dzisiaj przecież komentuje mecze NBA. W swojej karierze zebrał ponad 36 wszelkiego rodzaju nagród oraz zaproszeń do galerii sław dla mistrzów mikrofonu.

„Yes! Serving Up the Facial!” rozległo się gdy Kobe Bryant wykonał atomowy wsad nad Yao Mingiem. Pamiętacie piąty mecz finałowy w 1997 roku, gdy Jordan słaniając się na nogach zdobył 38 punktów i dał Chicago Bulls zwycięstwo? „Not bad for a guy with flu symptoms”. Ten sam MJ w finałach 1991 mógł wykonać piękny wsad, ale postanowił zmienić w powietrzu rękę rzucającą i wykonał jedno z najbardziej spektakularnych zagrań w historii NBA, a na pewno samych finałów. Marv nie krył ekscytacji wypowiadając z pasją słynną kwestię “Oh! A spectacular move by Michael Jordan!”. Jeśli już jesteśmy przy Jordanie, to nie można pominąć następcy Alberta w NBC, czyli Boba Costasa. Gdy emocje powoli opadały po tym jak MJ wbił najostrzejszy sztylet w serce fanów z Salt Lake City, Costas tak podsumował jego dokonania w szóstym starciu finałów 1998 roku: „If that’s the last image of Michael Jordan, how magnificent is it?”. To nie był ostatni występ Michaela w NBA, ale pamiątka została. W zasadzie to był ostatni obraz najwybitniejszego koszykarza w dziejach koszykówki, walczącego o mistrzowskie trofea. Tutaj nie potrzeba linków do youtube’a – każdy z Was na pewno słyszy to teraz w głowie.

2

Niektórzy wokaliści mają tą charakterystyczną chrypę w głosie – swego rodzaju dodatkowy bieg w stosunku do innych. W NBA też jest ktoś taki, choć z tego co wiadomo to chyba raczej nie śpiewa. Kevin Harlan od 33 lat porywa nas swoim charakterystycznym i niepowtarzalnym głosem. Jak każdy mistrz swojego fachu, także ten weteran mikrofonu ma swoje słynne powiedzenia, których nie da się zapomnieć. „With no regard for human life!” jest jednym z nieśmiertelnych klasyków. Ileż w tym jest emocji i pasji, ileż zachwytu. Ktoś może powiedzieć, że to tylko koszykówka, ale po głosie Harlana nie da się tego poznać. Gdy Kobe Bryant czy Tracy McGrady wykonywali swoje najsłynniejsze wsady przy okazji playoffów, komentator prawie eksplodował krzycząc „He just sucked the gravity right out of the building!”. W końcu to także on jest autorem słynnej frazy „up high and down hard!”. Jeśli Albert był znany ze swojego „Yes!” to kto z nas nie chciałby być pochwalonym przez Harlena i jego słynne „good!”. Z resztą nie zawsze chodziło o wsady, bo kluczowy rzut z dystansu także dosadnie opisywał mówiąc swoim charakterystycznym tonem głosu „Right between the eyes!”.

Oczywiście w sporcie, tak jak w życiu nie zawsze są same dobre i piękne momenty. Echa komentarza zaraz po pierwszej poważnej kontuzji Derricka Rose’a, do dzisiaj słychać w hali United Center. „Holding onto his knee. Holding onto his knee and down”. Na szczęście jednak Harlan był od zawsze pamiętany przede wszystkim z teledyskowych przerywników NBA za sprawą swojego „Oh baby, what a play!”. Nikt nie umie tego powiedzieć tak jak on!

Oczywiście eksperci, którzy towarzyszą naszym komentatorom to zupełnie osobna kwestia. Jak bogaty byłby Reggie Miller, gdyby za każdy tekst „Click click! Welcome to my kodak moment”, dostawał dolara od słynnej marki produkującej sprzęt fotograficzny? Swoją drogą, czy ktoś komentując spotkania NBA powtarza częściej zwrot „oh my goodness” niż uncle Reg? Nie można na koniec tej części nie wspomnieć o kimś takim jak Kenny „The Jet” Smith. Być może dla niektórych osób jego uwagi i sposób bycia są denerwujące, ale konkurs wsadów z udziałem Vince’a Cartera bez tych słynnych kwestii? Nie …

„It’s over ladies and gentelman” albo „let’s go home, let’s go home!”

HOME SWEET HOME

Lokalne stacje telewizyjne, które relacjonują mecze dla swoich klubów to osobna bajka. Tam nie zawsze wymagany jest obiektywizm. Kto w końcu oczekuje doceniania klasy przeciwnika od wielkiego celta Toma Heinsohna? Przecież ten człowiek krwawi na zielono, a fani kochają go za jego jednostronne komentarze. Jeśli fakty są przeciwko nam to tym gorzej dla faktów. Nie wiem co by się musiało stać by Tom przyznał rację arbitrowi, gwiżdżącemu na korzyść przeciwnika. Jeśli już kwestia jest bezdyskusyjna, to wielokrotny mistrz z Bostonem woli to wszystko przemilczeć i odpłynąć w pamięci do czasów mistrzowskich. Jeśli oglądacie transmisje z meczów Miami Heat, relacjonowane dla lokalnej stacji na Florydzie, to nie możecie nie znać charakterystycznego głosu Erica Reida. To jak być fanem Knicks i nie wiedzieć jak w typowy dla siebie sposób wysławia się wielki Walt Fraizer.

Gdy Johnny „Red” Kerr relacjonował spotkania Chicago Bulls, to nie można było oprzeć się wrażeniu, że Byki to jedna wielka rodzina. Zawsze dostojny i spokojny wszystkim zawodnikom mówił po imieniu. To zawsze Tony miał dobry dzień, Michael był świetny jak zawsze, a Dennis zaliczał mecz z ponad 20 zbiórkami. Red był nieodłącznym elementem zwłaszcza drugiej trylogii, bo świetnie potrafił oddać piknikowy nastrój w hali United Center. Nie chodziło oczywiście oto, że na meczach Chicago wiało nudą, ale jak już Wam wspominałem w felietonie na temat rekordowego sezonu Bulls – rywale zbyt rzadko mieli coś do powiedzenia. Kerr to doskonale wyczuwał i swoim spokojnym głosem pięknie okraszał widowiskową grę Byków.

Gdy niedawno wspominaliśmy zmarłego Roda Hundley’a, to nie można nie pamiętać jak tylko on potrafił ubarwiać spotkania Utah Jazz. „Stockton to Malone” i „You Gotta love it baby!” na zawsze będą wybrzmiewać tylko z jego charakterystyczną barwą głosu. Jeśli kibice NBA ze Seattle mają na zawsze w sercu swoich Ponaddźwiękowców, to w głowie muszą słyszeć głos Kevina Calabro, charyzmatycznego komentatora lokalnej stacji telewizyjnej. Słynne czary Voo doo jakie wyczyniał w lidze Manu Ginobili nie zostały nazwane tak znikąd. Calabro już dawno temu wykreował słynne “Nobody can do the voodoo like you doo!”, a jego „Good golly, Miss Molly!” jest nieśmiertelne. Kevin wyskakiwał wręcz ze swojego stanowiska komentatorskiego gdy Gary Payton biegł do kontry i wypuszczał piłkę wysoko nad obręcz. Wszyscy bowiem wiedzieli, że najpewniej dopadnie jej Shawn Kemp, a Key Arena eksploduje. Trzeba jednak przyznać, że relacjonując spotkania potrafił docenić klasę rywali tak samo jak i gospodarzy. Gdy Jason Williams minął cudownym zwodem Gary’ego Paytona i rzutem wysoko o deskę zdobył punkty, Calabro nie krył ekscytacji i prawie krzyczał

„Williams crosses over, loses Gary, drives into the lane, shoot high without a window up and In! What a move by Jason Williams!”

W erze lepszej gry Clippersów, ale nie tylko, Ralph Lawer, komentator stacji telewizyjnej w LA, ma więcej powodów do zadowolenia i ekscytacji. Jednak od zawsze w sposób niezwykle żywiołowy relacjonował spotkania drużyny, która jak wiemy „nie zawsze” grała tak dobrze. Kto z nas nie zna słynnego „Bingo!” (od zawodnika Clips Bobby’ego „Bingo” Smitha) czy też charakterystycznego „Oh Me, Oh My!”. W epoce Lob City, i nie tylko, często słyszeliśmy entuzjastyczne „The Lob! The Jam!”, które jest nieodłączną częścią Los Angeles Clippers.

4

Jeśli mówimy o komentatorach lokalnych stacji, tak wiernych swoim drużynom, to nie możemy zapomnieć o dwóch legendach. O ludziach, którzy na zawsze zostaną w głowach i sercach kibiców swojego klubu, ale także zawodników i trenerów. Johnny Most zmarł w 1993 roku, ale jego duch jest ciągle obecny w klubie z Nowej Anglii. Tutaj jest ciągle niedoścignionym wzorem i wspaniałym lektorem, narratorem historycznych wydarzeń. Papierosy, kawa i mocno zniszczony głos, to jego cechy charakterystyczne. Chyba nikt inny nie przeżywał spotkań w taki sposób jak on. Nie ma drugiego takiego komentatora, który byłby kibicem nie tylko w sercu, ale także takim, który głosem „zarażał” każdego.

“…Bird upfakes, Bird takes the shot…it’s good! It’s good!!! OH MY GOODNESS!!! I CAN’T BELIEVE IT!!! IT IS GOOD FROM THE CORNER! OH MY!!! WHAT A MAGNIFICENT FINISH TO THIS BALLGAME! BIRD!!! BIRD FROM THE CORNER!!! BIRD DID IT!!!”

Most dawał z siebie wszystko i gdyby tylko mógł, wyszedł by na parkiet by pomóc drużynie. Był fanatycznym kibicem, a jednocześnie genialnym dziennikarzem. Jego relacje radiowe były tak prawdziwe i rzeczywiste, że czułeś jakbyś siedział w Boston Garden, a Bill Russell czy Larry Bird właśnie mieli wybić piłkę z autu. Niemalże czułeś zapach zgnilizny, tak charakterystyczny dla starego ogrodu Celtów. Gdy Larry przechwycił piłkę, którą bardzo niefrasobliwie wybijał Isiah Thomas, to nie tylko tłum szalał jak opowiadał to Johnny. On sam prawie dostał wtedy ataku serca.

„And……Now there’s a steal by Bird! Underneath to DJ, who lays it in!!…Right at one second left!! What a play by Bird! Bird stole the inbounding pass, laid it up to DJ, and DJ laid it up and in, and Boston has a one-point lead with one second left! OH, MY, THIS PLACE IS GOING CRAZY!!!”

Jest jednak jedna kwestia, nieśmiertelne zdanie, z którym Johnny Most jest utożsamiany jak z żadnym innym. „Havlicek stole the ball!” powtarzane jak w transie było nacechowane niesamowitymi emocjami. Podobno poza anteną powtarzał to w kółko. Można czasem odnieść wrażenie, że to on, a nie Hondo przechwycił to podanie z autu naprawiając uprzedni błąd Billa Russella. To jeden z tych momentów w historii NBA, gdzie komentarz był równie ważny jak samo zagranie. Nikt nie umie sobie wyobrazić akcji Havlicka bez komentarza Mosta – to po prostu musiało się potoczyć w taki, a nie inny sposób.

3

Mistrz jest jednak tylko jeden. Chick Hearn i jego głos to nieodłączna część historii wielkich Los Angeles Lakers. Zawsze obiektywny i stonowany. W jego relacjach była jakaś magia, połączenie zapachu waty cukrowej z cyrku i dostojeństwa dżentelmenów w garniturach. Opowiadał i komentował dla zwykłych ludzi, ale w tym wszystkim była niesamowita gracja i wdzięk.

„My grandmother could guard him, and she can’t go to her left!”

Brzmiało to jak ostry przytyk i takim też było, ale w jego głosie było coś magicznego, że wszystko nabierało głębszego sensu.

„This game’s in the refrigerator: the door is closed, the lights are out, the eggs are cooling, the butter’s getting hard, and the Jell-O’s jigglin’!”

Oczywiście także on, tak jak Most, miał swoje nieśmiertelne kwestie, swoje najważniejsze momenty w historii NBA. W końcu czym byłby rzut hakiem Magica w finałach przeciwko Bostonowi? Byłby tylko „zwykłym” zagraniem w Boston Garden, ale z tym głosem i z tą narracją miał swoją magię.

„To the left goes Magic…he’s got it. He didn’t shoot it…five seconds left. Magic down the middle, just what I thought. A hook shot at twelve, GOOD! Two seconds left! The Lakers take the lead on Magic Johnson’s running sky-hook! Hooie!”

Warto też dodać to, co wspominałem m.in. na początku. Chick stworzył mnóstwo określeń, którymi posługujemy się do dzisiaj. Kultowy już „slam dunk” to jego dzieło, ale nie tylko „Airball”, „Finger roll”, „Give and go”, czy w końcu „triple double”. Wymyślał też pseudonimy zawodnikom Lakers, z których potem byli znani. „Big shot Rob”, „Nick the quick”, „Mr. Clutch” czy też „Mr. Basketball” powstały właśnie podczas transmisji spotkań.

To wszystko pomysły tego słynnego komentatora, który zdał relację na żywo z 3338 meczów Los Angeles Lakers z rzędu. Podczas trwania sezonu 2001-02 musiał zrezygnować z komentowania z powodu problemów z sercem. Jego ostatni mecz, wzbogacony wspaniałą narracją, to czwarte spotkanie finałów 2002 roku. Lakers zdobyli wtedy trzeci tytuł z rzędu. Niedługo potem zmarł. Był nie tylko wzorowym komentatorem, ale także i cudownym mężem. Niestety nie dane mu było doczekać 64 rocznicy ślubu.

Chick Hearn czego się nie dotknął to zamieniał w złoto, a raczej co by nie powiedział. W 1998 roku na komputery osobiste ukazała się gra pt: „NBA action 1998”. Wtedy nie była to silna konkurencja dla serii „Live”, ale w jednym górowała zdecydowanie. Komentatorem, którego słuchaliśmy podczas naszych koszykarskich zmagań był właśnie sam Hearn. Słuchanie jego nagranych tekstów było czystą przyjemnością. Nawet kilkukrotnie powtarzane to samo zdanie urzekało autentycznością i klimatem rodem z Great Western Forum. Miało się wrażenie, że to prawdziwy mecz NBA, a nie tylko gra. Głos Hearna dodawał wszystkiemu autentyczności i pod tym względem jest niedoścignionym wzorem dla wszystkich. Jego nazwisko wraz z wizerunkiem mikrofonu zostało zawieszone pod kopułą hali Staples Center obok koszulek takich graczy jak Jabbar, Chamberlain czy Magic.

EUROPA DA SIĘ LUBIĆ

Kiedy w Polsce panowała koszykarska żałoba z powodu braku transmisji z najlepszej koszykarskiej ligi świata (a nie każdy miał DSF), miałem od znajomego mecze z różnych stron świata. Mieszkał w zapyziałym bloku na jednym z warszawskich osiedli we Włochach. Mimo to na dachu miał ogromną antenę satelitarną, którą ściągał nawet TNT prosto ze Stanów. To był wtedy mój league pass. Komentarze były głównie po angielsku, ale nie tylko. Był język włoski, francuski lecz największą uwagę zwracała narracja po hiszpańsku.

6

Andrés Montes był komentatorem hiszpańskiego Canalu +. Relacja ze spotkań w jego wykonaniu była najdziwniejszą, jaką w życiu słyszałem. Nie chodziło tylko o różnice językowe. Nie chodziło też o to, że jak Most był związany z jednym zespołem. Nie, Andres eksplodował energią przy niemalże każdym dotknięciu piłki jakiegokolwiek zawodnika. Jego wymyślne pseudonimy dla graczy NBA były powszechnie znane. Luc Longley był krokodylem Dandee, a Rodman Cruellą de Vil. To jednak było nic, bo gdy łączył to w całość, ubierał w niesamowite emocje i udawał dźwięk karabinu maszynowego, to wszystko to przechodziło najśmielsze oczekiwania. Przy pierwszym odtwarzaniu meczu z komentarzem Montesa skupiłem nagle uwagę całego domu, jakby wszyscy grali w totka, a właśnie było losowanie 30 milionów. To jest coś nie do podrobienia – po prostu jedyne w swoim rodzaju. Jego słynne „Ratatatatatatatatatatatata…” i „Brrrrrr” były wykorzystywane w klipach NBA na temat zagranicznych komentatorów.

„Brrrrrrrrrrrrr! El hombre del mambo 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, ¡MAAAAAAMBO! Ratatatatatatatatatatatata!”

Jakbyście nie wiedzieli, to właśnie Karl Malone zdobył punkty, bo pomiędzy tymi okrzykami, to dziwaczne „zdanie” było „pseudonimem” Listonosza nadanym mu przez hiszpańskiego komentatora. Oczywiście z sentymentów dla Naszego Rodzimego podwórka nie można zapomnieć Włodzimierza Szaranowicza i Ryszarda Łabędzia. „Hej hej tu NBA” było hasłem, które przez lata oznaczało koszykarską rozrywkę dla widzów telewizji publicznej. To była zupełnie inna kultura komentarzu niż w dzisiejszych czasach. Etos pracy był przesadnie rycerski, bo nikt z redaktorów nie śmiał nawet oceniać pracy sędziów. Przecież sami kiedyś gwizdali i to nie wypada.

„Nie wiem czy był faul, Ryszard, Ty nie możesz tego ocenić, bo jesteś sędzią, z resztą ja też, ale czy ja wiem, czy to był faul? To była taka czapa, że aż ziemia zadrżała.”

Pomyśleć, że wtedy wszelkiego rodzaju notatki prasowe, które obaj panowie streszczali podczas relacji były twiterem tamtych czasów. Wtedy nikt nie wiedział kim jest Adrian Wojnarowski, ale ludzie dalej chodzili zaspani, bo oglądali NBA po nocach.

MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ

Marv Albert mówił, że różnica między relacjami telewizyjnymi, a radiowymi jest jak między wodą, a ogniem. Gdy słychać cię tylko z głośników, ale nie ma obrazu, to musisz mówić dużo. Tutaj nie ma miejsca na domysły – trzeba opowiedzieć to co widzisz w taki sposób, by ktoś po drugie stronie radioodbiornika zobaczył to samo co ty. To jest sztuka i coś, co potrafią nieliczni. Z telewizją jest inaczej: „Mniej znaczy więcej”. Czasem trzeba zamilknąć i pozwolić widzowi nacieszyć się obrazem i odgłosami hali. Dobry komentarz jest jak realizator w profesjonalnym studiu nagrań. Może wszystko zepsuć i zniweczyć naszą ciężką pracę, albo sprawić, że usłyszane dźwięki wywołają w nas ogromne emocje. Dobry komentarz nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Tych najlepszych z najlepszych chcemy słuchać zawsze i w każdym spotkaniu, a kiedy ich nie ma to czegoś nam brakuje. Wtedy wiadomo, że mamy do czynienia z komentatorem przez duże „K”.

Loading Facebook Comments ...

2 Komentarze

  1. Ja jestem fanem Stacego Kinga (bo jestem tez oczywiscie fanem byków) i w głowie mam ciągle jego, słynne już „TOO BIG, TOO FAST, TOO STROnieNG, TOO GOOD…” nie mówiąc juz o „meet me at the rim and dont be late” . fajny artykuł, pozdrawiam

Zostaw komentarz

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Powrót Omera Asika
Newsroom
47 odsłon
47 odsłon

Powrót Omera Asika

Dominik Kędzierawski - 23/11/2017