Gutek
01/06/2017

ZAPOWIEDŹ: NBA Finals 2017 – Cavs vs. Warriors

W świecie kina m.in „Piątek 13tego” czy też „Szybcy i wściekli” doczekali się kolejnych odsłon i kolejnych numerów przy swoich tytułach. Nie inaczej jest i w NBA, gdzie w tegorocznych finałach zmierzą się ze sobą Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers – zmierzą się ze sobą już po raz trzeci z rzędu. Czy taka „stagnacja” jest dobra dla ligi? Na ten temat zdania są podzielone, ale z drugiej strony takie rywalizacje zespołów, które natrafiają na siebie bez przerwy to chleb powszedni w historii NBA. Kto w końcu nie wspomina pojedynków Celtów z Jeziorowcami czy też Byków z Tłokami.

Przed rozpoczęciem finałów NBA 2017 w rywalizacji Wojowników z Kawalerzystami był remis. Dubs okazali się niepokonani w 2015 roku, a ekipa z Ohio pod wodzą LeBrona Jamesa dokonała rok temu niemożliwego. Chociaż ich rywale wygrywali już 3-1, to Cavs odrobili tą stratę (jako pierwsza drużyna w historii finałów) i zdobyła pierwszy tytuł w historii klubu. Mamy więc remis, a stare i dobrze znane powiedzenie brzmi „do trzech razy sztuka”.

Jeśli pominiemy kontrowersyjne kwestie dotyczące odpadnięcia Spurs w rywalizacji z Wojownikami, to zdania ekspertów w jednym wypadku są zgodne – w tegorocznych finałach NBA spotkają się dwie najlepsze drużyny w całej lidze i co najważniejsze – w pełni zdrowe. Oczywiście wiadomo, że na tym etapie sezonu każdego coś boli i każdy gracz boryka się z jakimiś dolegliwościami, ale ogólnie ze sztabów obu ekip płyną same pozytywne wiadomości dotyczące zdrowia graczy. Steve Kerr nawet żartował, że wszyscy są drowi, ale to trenerzy padają jak muchy. Nawiązał tym samym do stanu swojego zdrowia oraz faktu, że pierwszy trening przed finałową rozgrywką musiał poprowadzić sam, bo Mike Brown miał grypę. Czy Kerr wróci na ławkę trenerską podczas meczów o trofeum Larry’ego O’Briena? Na to odpowiedź mamy poznać w okolicach pierwszego spotkania.

12-1 vs. 12-0

Przy okazji wywiadów około finałowych, Kevin Durant stwierdził, że nie może brać odpowiedzialności za to, że inne drużyny są słabsze – naturalnie te inne drużyny, to te, które hipotetycznie mógł wzmocnić. Adam Silver od początku nie był zachwycony „samograjem” stworzonym w Oakland, bo przecież już kolejny sezon próbuje kontynuować myśl Davida Sterna, czy raczej jego marzenie o wyrównanej lidze. Draymond Green z kolei uważa, że to brak szacunku do obu ekip, które przeszły jak burza przez playoffs i przegrały łącznie tylko jedno spotkanie. Co więcej, jeśli Warriors zmiotą z parkietu Cavs do zera, to będą pierwszą drużyną w historii ligi, która zdobyłaby tytuł bez porażki w post season.

Czy liga faktycznie jest za słaba na Cavaliers i Warriors? Prawda leży zapewne po środku. Kto w końcu nie pukał się w głowę, kiedy widział jak fatalnie na finiszu sezonu grali zawodnicy z Cleveland. Wtedy mnożyły się statystyki na temat ich fatalnej obrony i ciekawostek, jak to nigdy tak słabo broniąca ekipa nie dostała się do playoffs. Problemem wschodu było jednak to, że Cavs w pewnym momencie włączyli przycisk „TURBO”, a reszta rywali zapomniała, że taki guzik w ogóle istnieje. Kolejno ciśnienia nie wytrzymywali Pacers i po raz kolejny Raptors. Czy mieli realną szansę na walczenie z LBJ i spółką? Pewnie nie, ale powinni wygrać z 3-4 spotkania w sumie. Nie uczynili tego i w ogromnej liczbie przypadków nie mogą wiecznie wszystkiego zrzucać na LeBrona Jamesa. W końcu lider Cavs nie zabraniał im trafiać z czystych pozycji czy też nie kazał roztrwaniać absurdalne przewagi na półmetku spotkań. Boston był zupełnie inną historią, ale niestety sprawdziły się przepowiednie, że „money time player” w Nowej Anglii jest tylko jeden. Niestety sam Thomas to za mało na Cavs, w składzie których chyba zapominamy, że gra Kyrie Irving, czy też rewelacyjny w playoffs Kevin Love. Tak Cavaliers mają BIG 3 pisane dużymi literami, bo tak duża jest ich forma. Sprawdziła się więc po raz enty maksyma, że playoffs, to zupełnie inna część sezonu i to właśnie ten moment, kiedy sezon regularny nie ma znaczenia. Tak, mogłeś mieć formę, rytm meczowy, dobre rozstawienie, ale jeśli zgubiłeś w tym pędzie po tytuł dwia pierwsze elementy, to szybko mogłeś też stracić trzeci, przegrywając spotkania u siebie. Być może więc jest trochę prawdy w tej słabej konferencji wschodniej w stosunku do trzygłowego smoka z Ohio. Naprawdę czasem aż zabawne jest jak Kevin Love bywa pomijany w rozmowach, a przecież to jest gracz, który potrafił notować i mecze 30-30. To było co prawda w barwach Leśnych Wilków, ale chodzi o skalę jego talentu. To wszystko miało kiedyś wypalić, także u boku dwóch innych indywidualności. „Pech” reszty jest taki, że w tegorocznym playoffs wypala lepiej niż się można było spodziewać.

Kiedy Kevin Durant trafiał do Warriors, to wszyscy się zastanawiali, czy Dubs nie pobiją rekordu z ubiegłego sezonu zasadniczego. Nie pobili, ale też to nie był ich cel do końca. Nie zawsze też byli w pełni zdrowia, a czasem wkradły się porażki, które pokazywały, że pozbycie się kilku zawodników z ławki, to nie jest zwykła korekta, lecz poważny zabieg. Mimo tego uzyskali jedynkę w całej lidze i w wielu meczach potrafili w 2-3 minuty odjechać rywalom na dystans nie do odrobienia. Chyba tylko Rockets i Spurs potrafili atakować w podobny sposób i z podobną agresją na kilkunastu sekundach „przestrzeni”, lecz wiadomo, że galaktyczny skład Golden State nie ma sobie równych w lidze.

Jeśli dostajesz się do finałów po raz trzeci z rzędu, tym razem bez nawet jednej porażki, a do tego w sezonie zasadniczym trzeci raz z rzędu wygrywasz ponad 60 spotkań to musisz być naprawdę dobry. Oczywiście jest niewielki smród spalenizny nad finałami konferencji i sytuacją z Leonardem lecz przypadek czy też nie – cel uświęca środki. W końcu Jalen Rose dopiero po 17 latach przyznał się, że z Pacers byli tak bezsilni w rywalizacji z Lakers, że celowo podszedł pod rzucającego Bryanta i sprezentował mu poważne skręcenie kostki. Czy Ostrogi z Leonardem to byłby rywal gotowy pobić Wojowników? Pierwszy mecz finałów konferencji, czy też te z sezonu regularnego nie mogą być dla nas do końca wyznacznikiem, więc nie ma co gdybać. Mam tylko wrażenie, że z czasem ta sytuacja przejdzie do historii NBA i odciśnie delikatne piętno na tych rozgrywkach Warriors. W końcu skoro LeBron potrzebował Bosha i Wade’a do pierwszego tytułu, to czemu Warriors nie mieliby wyeliminować Leonarda lub potrzebować jeszcze Duranta by do świetnych wyników w sezonie regularnym dorzucić także kolejny tytuł. Ach czym bez tych spekulacji byłaby historia sportu …

„Nie muszę niczego nikomu udowadniać”

Czyja to wypowiedź? W obrębie tegorocznych finałów najczęściej była przyklejana do ust Duranta i Jamesa. Pierwszy jest w ciekawej sytuacji, bo trudno uwierzyć, by w razie zdobycia tytułu nie pojawiały się teksty w stylu „musiałeś aż pójść do najlepszej drużyny w NBA” lub „nawet z Warriors nie umiesz wygrać pierścienia”, w razie porażki z Cavs. Durant jednak stara się trzymać dystans w stosunku do takich narracji, ale chyba takiego dystansu utrzymać się po prostu nie da. W kwestii podejścia „robię co chcę”, nie musi się bronić, bo to jego życie, ale jeśli spojrzymy na sportowe rywalizacje, to odejście Duranta do zespołu, przeciwko któremu prowadząc 1-3 nie był w stanie dobić rywala, nigdy nie będzie dało się wytłumaczyć.

LeBron z kolei już od dawna nie walczy o zaszczyty i honory, a jedynie o mistrzostwa NBA, które mają mu dać „pierwszeństwo” w historii NBA nad Michaelem Jordanem. Sam LeBron tego nawet nie ukrywa, czym znowu nie zaskarbia sobie sympatii wielu fanów. To jednak nie zmienia faktu, że dla LBJ’a tegoroczne finały są 7 z rzędu od 2011 roku. James nie zapomniał wspomnieć o tym na konferencji, a także dodać, że nikt jeszcze nie zaprowadził dwóch drużyn ciągiem do decydujących starć o mistrzostwo NBA. W końcu w latach 2011-14 byli to Miami Heat, a 15-17 Cleveland Cavaliers.

W tym roku także mija równo 10 lat, kiedy King James zagrał po raz pierwszy w meczach o najwyższą stawkę. Wtedy napotkał mur w postaci 4-0 i San Antonio Spurs. Ginobliego, Popa i Parkera nie ma już w boju, więc jedynym „języczkiem uwagi” w kontekście do tamtych spotkań będzie osoba PO trenera Dubs – Mike’a Browna. W 2007 roku to Brown był szkoleniowcem Cleveland Cavaliers.

LeBron James już od czasów szkoły średniej był pod mikroskopem i często nawet sam potrafił dolać do ognia wysokooktanowej benzyny. Czy to za sprawą „decyzji”, wyboru partnerów do walki o pierwszy tytuł, czy też jawnych chęci bycia najlepszym w historii NBA. On też nie ma już czego udowadniać poza tytułami. Prawda jest bowiem taka, że co by nie zrobił – przeciwnicy zawsze znajdą na to paragraf. Takie paragrafy zapewne dałoby radę znaleźć na każdą wielką gwiazdę, ale James płaci ekstra cenę za bycie w centrum uwagi.

Gwiazdorskie finały w liczbach

Duża scena to wielkie gwiazdy. Co prawda starciom Warriors i Cavaliers nie potrzeba dodatkowego oświetlenia, to jednak parę faktów dodatkowo podkreśla wyjątkowość tegorocznej potyczki. Wspominałem już o łącznym bilansie obu ekip, czyli 24-1, lecz to nie wszystkie ciekawostki. W tegorocznych finałach  mamy łącznie 11 zawodników, którzy obecnie lub w przeszłości grali w Meczach Gwiazd. Ostatni taki przypadek był w 1983 roku, a liga wtedy liczyła tylko 23 zespoły. Co ciekawe, 7 All Starów z tego sezonu, to także rekord NBA od czasów wspomnianego finału Sixers z Lakers. To w końcu też czterech graczy z tegorocznych piątek All NBA – Trzech z Golden State w osobach Duranta, Curry’ego i Greena oraz oczywiście z LeBronem Jamesem na czele. W ogóle Durant (1), James (4) i Curry (2) w latach 2009-16 zmonopolizowali wyścig o nagrodę MVP. Tylko Derrick Rose był w stanie podzielić tą trójkę w zgarnianiu nagród dla najbardziej wartościowych zawodników w sezonie regularnym.

Liczby nie kłamią

Jeśli spojrzymy w to zestawienie liderów ekip w tegorocznym playoffs, to „straszne” dla obu stron jest to, że pomijamy jeszcze takich zawodników jak Kevin Love, Klay Thompson czy Kevin Durant. To jednak finały NBA, więc sporo z dotychczasowego dorobku zespołów należy wyzerować i spojrzeć na sprawę zupełnie świeżym okiem. Koszykówka to gra matchupów i fauli. Te dwa elementy będą decydować o tym, kto finalnie będzie kogo bronił w bezpośrednich starciach. Mimo to niemalże z miejsca możemy sobie ostrzyć zęby na grę Duranta z Jamesem, Curry’ego z Irvingiem czy Greena przeciwko będącemu w wybornej dyspozycji Kevinovi Love. Czy Dubs tak jak i w ubiegłym sezonie będą się starali męczyć silnego skrzydłowego Cavs w bronieniu akcji typu pick and roll? Na pewno Warriors obok Clippers są ekipą, która jest najlepsza w wymuszaniu takich rozwiązań, ale Love jest w tegorocznych playoffs o wiele pewniejszym punktem obrony niż rok temu. Czy wytrzyma tego typu presję także w finałach to zupełnie inna historia.

Ciekawe jak w tegorocznych finałach presję z kolei wytrzyma Draymond Green. Zdaniem wielu osób jego niesportowe zachowanie kosztowało Dubs rok temu tytuł. Teraz nie może sobie pozwolić na takie postępowanie, zwłaszcza jeśli podkoszowi Warriors nie są ich najmocniejsza stroną. To w ogóle będzie ciekawa seria dla Tristana Thompsona, który w finałach bryluje na tablicach. Warriors w tegorocznym playoffs są trzecią najgorszą drużyną, jeśli chodzi o bronienie własnej deski (zbiórki rywali w ataku). Co prawda mają najwięcej zbiórek w obronie, ale jednocześnie do tego dają mnóstwo szans na ponowienie akcji. Cleveland z kolei świetnie bronią swoją deskę, lecz na te statystyki trzeba spojrzeć pod kątem tempa rozgrywania spotkań. W finałowym starciu te statystyki mogą wyglądać zupełnie inaczej, w zależności od tego jaki styl gry będzie dominował.

Można żartować, że po spokojnym sezonie zasadniczym, spokojnym jak na Curry’ego, lider Warriors w tegorocznym playoffs zdążył już włączyć tryb „God Mode”. Irving z kolei jawi się na razie jak tykająca bomba, która tylko czeka na eksplodowanie w najważniejszych momentach. W końcu to Kyrie kocha nerwowe końcówki i decydujące rzuty bardziej od LeBrona. Tak było też i w zeszłorocznych finałach. Ostatnio Curry pytany o słynny rzut Irvinga za trzy odparł, że lepiej się tego nie dało wybronić, skoro gracz tego kalibru ćwiczy takie rzuty na treningach.

Najlepszym atakiem jest obrona

Kiedy zachwycamy się nad potencjałem ataku obu stron i ich garniturem pełnym gwiazd, to nie możemy zapomnieć o tym jak świetnie bronią obie ekipy. O ile kluczem do bronienia Cavs będzie ustanie w akcjach 1 na 1 i brak nadmiernego podwajania LeBrona, to Cavs mają spory orzech do zgryzienia. Nie tylko bowiem także muszą świetnie pilnować gwiazd Warriors w pojedynkach indywidualnych, ale także muszą uważać na ich dwójkowe gry na małej przestrzeni i rotować się w obronie jak w Szwajcarskim zegarku. Cała NBA już wie, że takie błędy w starciu z Golden State to pewny wyrok śmierci.

Zupełnie inną kwestią jest bronienie LeBrona Jamesa, który zdaniem wielu ekspertów może gra swoją najlepszą koszykówkę w życiu, a przecież w grudniu tego roku skończy 33 lata i ma w swoich nogach paręnaście tysięcy minut. Wszystko to jest jednak efektem świetnego rozciągania defensywy rywali przez Irvinga i Love’a oraz umiejętna gra samego LeBrona. Na dzień dzisiejszy wydaje się być graczem, który idealnie wypośrodkował grę siłową w biegu, z tą tyłem do kosza oraz z rzutami z dystansu. LBJ staje się czasem połączeniem Magica z Jordanem, co dla rywali jest czymś niespotykanym i niezwykle trudnym do wybronienia. Nie można jednak zapomnieć o Irvingu, który mimo „spokojnych” playoffs, jest w stanie sam minąć 3 rywali i skończyć punktami lub podać do partnera, który w pewnym momencie musi być niepilnowany. Wobec tylu zagrożeń w ataku może być tak, że obie drużyny staną przed dokładnie tymi samymi problemami w trakcie spotkań. Mniejsza ilość błędów w obronie da komuś tytuł?

1-1 i czas na dogrywkę …

1-1 do przerwy, do trzech razy sztuka, albo best of 3. Bez względu na to jak nazwiemy obecnie już trzecie finały w parze Warriors-Cavaliers, to nie zmienia to faktu, że po tych meczach, jedna ze stron będzie miała skromne, lecz stanowcze w liczbie mistrzowskich tytułów prowadzenie 2-1.

O tych finałach można pisać bez końca – można robić skomplikowane analizy i wyciągać bez końca konotacje historyczne, lecz nie na tym będzie polegać koszykówka AD 2017. Obie drużyny nie grzeszą głębią ławek rezerwowych i nie ma się co w tym momencie oszukiwać. Nikt też z głównych gwiazd nie narzeka na kontuzje, nie gramy back 2 back, więc proszę mi wybaczyć, jeśli nie uwierzę w to, że w tym roku to właśnie gwiazdy nie zdecydują o mistrzostwie … zdecydują możliwe bardziej niż kiedykolwiek w historii NBA. Na koniec za sprawą youtube’a zapraszamy na wędrówkę po najciekawszych momentach z dwóch poprzednich potyczek pomiędzy Cavs a Warriors:

Wszystkie mecze w tegorocznych finałach pokaże na żywo Canal + Sport.

Loading Facebook Comments ...

Komentarze