ZASPANYM OKIEM: „Brzydkie Kaczątka” z Indiany

17/03/2018
56 Shares 1165 Odsłon

6 lipca 2017 roku historia Paula George’a w Indianapolis dobiegła końca, kiedy wymiana z Oklahomą City Thunder została „przyklepana”. Powodem takiego, a nie innego ruchu była deklaracja skrzydłowego Indiany, że nie wiąże on swojej dalszej przyszłości z Pacers, a sezon 2017-18 był ostatnim gwarantowanym w jego kontrakcie. Latem 2018 bowiem PG mógł i ciągle może zostać wolnym agentem i decydować o swojej przyszłości. Do tego dochodziły tez głosy, że interesuje go tylko powrót do domu, czyli do Kalifornii, a w szczególności do Los Angeles. Ta decyzja dla Pacers nie była łatwa, bo przecież mowa o zawodniku, który spędził w klubie 7 lat i sześciokrotnie grał z zespołem w playoffs. Jakże jeszcze większe zdziwienie było, kiedy kibice dowiedzieli się, że Sam Presti z Thunder wyczarował transfer George’a do Indiany za … Victora Oladipo i Donatasa Sabonisa.

Indiana została oszukana w tej wymianie.

Thunder dostają George’a za worek ziemniaków.

Pacers będą spokojnie poza ósemką w konferencji Wschodniej.

Powyższe cytaty to tylko niektóre opinie, jakie panowały wśród kibiców i analityków po lipcowej wymianie. Kim wtedy byli Oladipo i Sabonis? Domantas Sabonis był debiutantem, który zdobywał średnio 6 punktów i notował 3,6 zbiórki, a wszystko w 20 minut na mecz. Victor z kolei to zawodnik z czteroletnim stażem i opinią gracza, który nie jest w stanie być liderem zespołu i graczem na najważniejsze końcówki. Nie sprawdził się w Orlando i tak samo było w Oklahomie, chociaż jak wiadomo nie do końca łatwo się gra u boku Westbrooka. Nic więc dziwnego, że Indiana zdaniem wszystkich niemalże poszła na wymianę w stylu „lepiej dostać cokolwiek za George’a niż dać mu odejść za darmo w 2018”, prawda?

Im bardziej zagłębialiśmy się w rozgrywki 2017-18, tym bardziej wyłaniał się nam obraz Indiany, jakiego nikt nie był w stanie przewidzieć. Tym bardziej, kiedy po stronie Oklahomy „nowi wielcy” Thunder grali zdecydowanie poniżej oczekiwań. Pacers z drugiej strony też mieli nierówny start, ale potem notowali serie wygranych po 4-5 spotkań z rzędu i umieli wyjść z dołków, kiedy pod koniec 2017 roku przegrali 5 spotkań z rzędu. Co jednak najważniejsze dwa „ziemniaki”, które Indiana pozyskała za Paula George’a okazały się strzałami w dziesiątkę.

Victor Oladipo rozgrywa obecnie najlepszy sezon w karierze i to pod każdym względem. Nie chodzi tutaj bowiem o najwyższą średnią punktową 23,5 ale także o najlepsze w karierze statystyki w rzutach z gry, za dwa, za trzy, w zbiórkach, w asystach i w przechwytach (lider w całej NBA). 11-krotnie zdobywał też dla Indiany 30 punktów i więcej, a w tym rekordowe w karierze 47 oczek.

Oladipo jest kochany w Indianie i ma kontrakt ważny do końca sezonu 2020-21 bez żadnej opcji dla gracza czy dla drużyny. Każdego roku zarobi 21$ milionów, ale na tą chwilę nikt nie będzie na to narzekał. Victor bowiem wygląda wreszcie jak zawodnik, na którego liczyli  Magic, kiedy wybierali go z dwójką w drafcie 2013 roku. Podobne uczucia kibice mogą mieć w stosunku do Sabonisa, który ma niezwykle efektywny w grze sezon. Poprawił nie tylko wszystkie skuteczności rzutów z gry, ale też podwoił zdobycze punktowe, zbiórki i asysty. To wszystko jest tym bardziej imponujące, że syn słynnego „Senatora” z Portland gra średnio o niespełna 4 minuty więcej niż w ubiegłych rozgrywkach. Nie jest też „drogi w utrzymaniu”, bo za ten sezon zarobi 2,5$ miliona, a za kolejne 2,6$ oraz 3,5$. Wygląda wiec na to, że Pacers trafili w dziesiątkę z zawodnikami oraz z ich kontraktami i długością umów z jakimi są związane. Jeśli Paul George odejdzie z Oklahomy latem tego roku, to Kevin Pritchard i Larry Bird będą 100% zwycięzcami tej wymiany.

Z resztą jeśli jesteśmy już przy pionie wykonawczym Pacers w osobie Pritcharda i doradztwa Birda , to trzeba pamiętać, że obaj panowie przeprowadzili w Indianapolis prawdziwą rewolucję kadrową. Nie chodzi bowiem tylko o wymianę George’a i nowych Oladipo i Sabonisa, ale są jeszcze Bogdanovic z Wizards, Joseph z Toronto, Trevor Booker z Sixers (w trakcie sezonu) czy pierwszy pełny sezon po powrocie u Lance’a Stephensona. W ogóle Lancelot pokazuje, że dla niego Indiana jest szczególnym miejscem i chyba jedynym w całej lidze, które jest w stanie „poskromić” jego ognisty temperament i ekstrawaganckie zachowania na parkiecie i poza nim. Może to też to, że dla Lance’a Indiana to ostatni możliwy przystanek do zaliczenia w NBA, gdzie może udowodnić, że jest kimś więcej niż mniej czy bardziej udaną w zachowaniu kopią Dennisa Rodmana.

Najciekawszym jednak transferem i może najbardziej niedocenianym jest Darren Collison, który trzy ostatnie sezony spędził w Sacramento. Ten mierzący niespełna 183 cm rozgrywający także w kwestiach „procentów” rozgrywa najlepszy sezon w karierze ale nie tylko. Jeśli spojrzymy bowiem na historię ostatnich 18-20 lat w NBA, to Collison z 50% skutecznością rzutów z gry jest jednym z 8 graczy poniżej 190 cm wzrostu, który dokonał tej sztuki. Inne nazwiska z tej listy to Tony Parker, Rajon Rondo, Chris Paul czy John Stockton. Pacers więc otrzymali gracza, który z nawiązką wywiązał się z zadań rozgrywającego i po raz kolejny pozwoliło to Oladipo na granie na pozycji rzucającego obrońcy, która jest dla niego naturalną. Indiana też wpisuje się w obecne trendy „Small Ball”, kiedy ich dwaj zawodnicy obwodowi mają po 183 i 193 cm wzrostu.

Będąc przy temacie Indiany Pacers nie można pominąć wątku trenerskiego. To bowiem był kolejny ryzykowny ruch, który był krytykowany w całej NBA, kiedy Bird zasugerował Pritchardowi, że Frank Vogel nie jest odpowiednim trenerem dla tego klubu i muszą jako zespół grać szybszą koszykówkę. Oczywiście ta decyzja znalazła się w ogniu krytyki, bo Vogel tyle osiągnął z zespołem , a dodatkowo ten ogień został podsycony, kiedy okazało się, że trenerem, który ma przyspieszyć grę ma być … Nate McMillan.

„Mr. Sonic” jako gracz Seattle Supersonics słyną z defensywy i tak samo zakochane w obronie były jego zespoły, które trenował przez 12 lat. Mowa tutaj o „rodzinnym” Seattle, ale też i Portland w czasach „Jail Blazers”. To jednak nie był szkoleniowiec, który nakłaniał swoje drużyny do nakręcania tempa, a przecież podobno tego właśnie oczekiwano w Indianie. Gdzie więc jest sens tych posunięć? Dobrego trenera od bardzo dobrego może różnić to, że dobry uparcie będzie dążył na siłę do dostosowania zawodników do swojego systemu gry. Bardzo dobry zaś szybko zorientuje się z jakim ludzkim materiałem ma do czynienia i postara się nagiąć swoją filozofię gry do zawodników. McMillan pokazał na razie, że bliżej mu do bycia szkoleniowcem, który na bieżąco reaguje na trendy panujące w lidze. Może i Pacers nagle nie są jakimś super atakiem w lidze, ale z 15 miejsca awansowali  na 11 lokatę przy jednoczesnej poprawie gry w obronie z 16 miejsca na 12. Co jednak najważniejsze to skazywaniu na porażkę w tym sezonie Pacers są obecnie na trzecim miejscu na Wschodzie! McMillanowi za pewne było też łatwiej, bo trzy poprzednie sezony był asystentem Vogela w Indianie i mógł przez długi czas obserwować zespół i wyciągać odpowiednie wnioski. Z drugiej jednak strony w tym roku w zespole ma wielu nowych zawodników.

W sportach zawodowych mamy bardzo często do czynienia z tzw. papierowymi mistrzami, którzy w założeniu powinni wygrać wszystko w cuglach i pozostawić konkurencję w tyle. Tak samo jest i z „wielkimi przegranymi”, którzy nie mają na nic szans zanim jeszcze piłka pójdzie w górę. W obu tych przypadkach zdarzają się często wyjątki, które pokazują, że wszystko może wyglądać inaczej, jeśli pewne elementy układanki będą pasować bądź nie. W przypadku Indiany na ten moment wszystko co „mogło zaskoczyć” – zaskoczyło, a Pacers z Brzydkiego Kaczątka zmienili się w łabędzie, które dołączyły do stada na wyrównanych warunkach. Playoffs wcale nie musi być wyznacznikiem sukcesu dla tak młodej drużyny, która w zasadzie powstała całkiem niedawno. Wyznacznikiem sukcesu będą za to kolejne rozgrywki i to, czy Pacers są w stanie utrzymać ten poziom gry w następnych sezonach.

MOŻESZ BYĆ ZAINTERESOWANY

Loading Facebook Comments ...

Zostaw komentarz